piątek, 17 czerwca 2016

Rozdział 5 (Czwartek)

Carrie
Obudziłam się i wstałam z łóżka. Od razu tego pożałowałam. Miałam tą okropną świadomość, że gdy pójdę dziś do szkoły, ujrzę jego. Nie chciałam tego za wszelką cenę, nawet jeśli miałabym udawać chorą, aby nie iść do szkoły. Po prostu nie byłam gotowa na to żeby spojrzeć choćby na niego. Potrzebowałam szczerej rozmowy z Jenn, ale ona miała teraz swoje problemy, więc nie powinnam jej obarczać moimi. Ale mówi się trudno, jestem skazana na życie z myślą, że pewnego dnia ten dureń upomni się o swoje.
Postanowiłam jednak nie dać mu tej satysfakcji i miałam zamiar pójść do tej chorej szkoły. Chciałam jakoś przeżyć ten dzień i mieć go już z głowy, tak samo jak następne, ale nie było to możliwe, bo niestety byłam z nim w jednej klasie, co wiązało się z tym, że muszę go codziennie widywać.
Miałam dziś na ósmą do szkoły, wiec musiałam być tam mniej więcej dziesięć minut przed, aby przygotować się do lekcji. Na razie szczęście mi dopisywało, bo nie widziałam osoby Aidena i nie miałam dzisiaj żadnej kartkówki ani sprawdzianu, dlatego też mogłam być szczęśliwa. Jednak moje szczęście nie trwało zbyt długo, bo ledwo przed dzwonkiem przed salą pojawił się on. Człowiek sprawiający, że moje życie zmienia się w koszmar.
Był coraz bliżej. Już zaczynałam słyszeć jego oddech, gdy był tuż przy mnie, ale przeszedł obok,  jak gdyby nigdy nic, jakbym nie istniała. To było straszne i dziwne, nigdy tak się nie zachowywał, a tym bardziej, gdy miał przy sobie swoja paczkę. Mogłam mieć już przeczucie, że coś się kroi i nie będzie to nic dobrego ani miłego w szczególności dla mej osoby.

Jenny
W czwartkowy poranek obudziłam się z potężnym bólem głowy oraz wysoką gorączką. Miałam wrażenie, że zaraz się rozpłynę. Wszystko mnie irytowało, nawet troskliwość mojego taty, któremu niełatwo było być samotnym ojcem na pełnym etacie oraz mechanikiem samochodowym i dodatkowo myśliwym. Faszerował mnie wszelkimi lekami, byle by gorączka spadła. Leżałam u siebie w pokoju na pierwszym piętrze w łóżku i szarpałam się w kołdrze. Ten rodzaj bólu był wręcz nie do zniesienia. Nawet przez chwile zapomniałam o swoich bolących plecach, które w obecnej chwili były moim najmniejszym zmartwieniem. Próbowałam zasnąć, lecz przez ten durny ból głowy nie dałam rady. W końcu tata zawyrokował:
-Zabieram cię do lekarza.
-Nie!- Wrzasnęłam, a raczej zawyłam żałośnie- Tylko nie szpital, błagam. Więcej tam nie wrócę!
-Ale Jenn. Ja muszę być o trzynastej w warsztacie. Mój urlop właśnie się skończył i muszę wracać do pracy, a obecnie nie ma się kto tobą zająć. Chyba że...- Zawiesił się
-Chyba, że co?- Zapytałam
-Chyba, że poproszę żonę Bruna by do nas przyszła i ciebie popilnowała.
-Dobrze. Niech będzie, byle nie szpital.- Odparłam szybko, a mój ojciec wyciągnął z kieszeni telefon i zadzwonił do naszej sąsiadki. Gdy już zakończył rozmowę oznajmił mi, że Allie przyjdzie za dziesięć minut. Do niej akurat nic nie miałam. Nie przeszkadzała mi w polowaniach oraz nigdy nie była dla mnie niemiła.
Gdy zbliżała się już jedenasta, do naszych drzwi zapukała pani Allie. Mój tata ją przywitał i wpuścił do środka. Cóż... Najlepszego porządku to on sam nie potrafił utrzymać, jak to mężczyźni. Nasza sąsiadka weszła na górę i przywitała się ze mną:
-Guten Tag Jenny.
-Dzień dobry.- Odpowiedziałam jej
-Oj, dziecino. Z tobą nie najlepiej. Co konkretnie dawałeś jej Hans?- Zwróciła się do mojego ojca
-Wszystko to co stoi na etażerce.
-Trochę za dużo, ale to nic. W przeciągu godziny temperatura powinna jej spaść.- Oznajmiła Allie
-To dobrze.- Odetchnął mój tata
-Więc możesz dziś spokojnie pracować. Ja się nią zajmę najlepiej jak potrafię. Obiecuję.- Zapewniła go nasza sąsiadka.
-Jesteś pewna? To nastolatka w wieku dojrzewania! Potrafi nieźle dopiec.
-Tak. Spokojnie, mam w domu dwójkę takich plus jednego mniejszego. Jakoś sobie z nimi radzę.
-Podziwiam cię. Ja ledwo daję radę z jedną...
-Em, tato, ja nadal tu jestem.- Odezwałam się
-Oj, wybacz skarbie. Która już godzina?- Zadał sam sobie pytanie
-Jest kilka minut po jedenastej.- Odpowiedziała Allie
-Ech. Musze iść się ubrać, a później zatankować wóz do pełna i kupić kilka rzeczy.- Powiedziawszy to wyszedł z pokoju zostawiając mnie sam na sam z naszą sąsiadką
-Nadal bolą cię plecy?- Zapytała troskliwie
-Tak szczerze to tak, ale bardziej moją uwagę zwraca ból głowy.
-Och. A brałaś paracetamol?
-Niee.
-To poczekaj zaraz ci przyniosę.- Już miała wychodzić, gdy do pokoju zajrzał mój tata- O, Hans! Macie gdzieś paracetamol?
-Tak, zaraz ci przyniosę.- Oznajmił i znów zniknął.
-Więc musisz teraz sporo nadrabiać?- Zapytała Allie chociaż znała odpowiedź.
-Nooo dosyć sporo. I mam jeszcze przez półtora tygodnia odpoczywać.
-Oj. To musi ci być na prawdę ciężko. A jak sobie radzisz bez matki?- Znów zadała pytanie, które osobiście mnie nie to, że uraziło, lecz wywołało falę wspomnień związanych z moją mamą; zacisnęłam zęby i odpowiedziałam:
-Bez niej jest... Inaczej.- Odparłam
-Och, to na pewno. Chodzi mi o to, że jeżeli potrzebowałabyś noo wiesz, kobiecej porady albo się wyżalić to możesz przyjść do mnie.- Zapewniła mnie
-Noo dobrze. Dziękuję pani bardzo. Zapamiętam to.-Odparłam lekko zakłopotana
-Już mam!- Oznajmił tata wchodząc do pokoju i podając lek Allie
-Dziękuję. Masz Jenny.- Powiedziała podając mi tabletkę, którą łapczywie połknęłam
-Ja już będę leciał. Pa Jenn, do widzenia Allie i jeszcze raz dzięki.- Pożegnał się mój tata i wyszedł z domu
-Pa!- Krzyknęłyśmy obie.
Później, gdy byłyśmy same zechciało mi się spać, więc zdrzemnęłam się trochę. Kiedy się obudziłam Allie nie było przy mnie. Krzątała się gdzieś na dole prawdopodobnie w kuchni, gdyż wyczułam zapach rosołu. Postanowiłam zejść na dół, lecz nagle ktoś wszedł do mego pokoju. Tą osobą okazał się być młodszy brat Johana- Joachim:
-Wstałaś już?- Zapytał uprzejmie
-Tak.- Odparłam krótko
-Zawołać mamę?- Zadał zwykłe pytanie, które smyrnęło delikatne struny mych wspomnień; strasznie przypominał mi Andreasa. W sensie, nie był do niego podobny pod względem wyglądu, lecz pod względem uosobienia. Zawsze kulturalny, uprzejmy, delikatny, niewinny. Po prostu aniołek. W końcu mu odpowiedziałam:
-Przypominasz mi kogoś, wiesz?
-Johan mówił, że nie masz rodzeństwa i mamy.- Odparł chłopczyk, a me serce chwycił bolesny skurcz; ale zaraz... czemu Johan mówił o mnie swojemu bratu?
-Tak, to prawda.- Odpowiedziałam z zaciśniętym gardłem- I wiesz co? Możesz zawołać swoją mamę.- W tej chwili Joachim zniknął z mojego zasięgu wzroku, a później zastąpiła go Allie, która usiadła na moim łóżku obok mnie:
-Wyspałaś się?- Zapytała
-No trochę.- Odpowiedziałam wycierając łzy, które napłynęły mi do oczu odkąd zobaczyłam jej najmłodsze dziecko
-Płakałaś?- Allie była zdziwiona
-Nie. Po prostu... Joachim jest tak bardzo podobny do Andreasa.- Powiedziałam unikając jej wzroku
-Och, kochanie.- Wypowiedziała te słowa z miłością i przytuliła mnie do siebie, a ja rozpłakałam się jak dziecko, do którego dotarło, że już nigdy więcej nie zobaczy swojej ulubionej zabawki.
Po tej chwili płaczu, pozbierałam się do kupy i oznajmiłam:
-Dziękuję, Allie, że jesteś tu teraz ze mną.- Powiedziałam to tuląc się do niej
-Nie ma sprawy kochanie. Rozumiem, że jest ci ciężko bez mamy. Wiem to, ponieważ sama straciłam mamę w dosyć młodym wieku. Pamiętam, że wtedy zastąpiła mi ją moja babcia, ale ty chyba masz daleko do dziadków prawda?
-Tak. Są w Norwegii. Allie...- Zaczęłam; dosyć trudno było mi mówić o mojej mamie i bracie, ale czułam potrzebę wyżalenia się jej-...Zazwyczaj nie rozmawiam z tatą na TEN temat, ponieważ boję się, że straci swój optymizm. Że zacznie to rozpamiętywać i będzie się obarczał wyrzutami sumienia, dlatego chciałabym ci wszystko opowiedzieć.
-No dobrze. Jeśli tego chcesz, ja cie wysłucham. Tylko czy jesteś tego w stu procentach pewna?
-Tak, jestem.- Oznajmiłam twardo i zaczęłam opowiadać- Straciłam mamę i młodszego brata w wieku jedenastu lat. Pamiętam, że to była niezwykle mroźna zima. Moja mama i Andreas byli na koncercie muzycznym, a my z tatą zostaliśmy w domu, ponieważ tata się źle czuł i ktoś musiał się nim opiekować. Koncert miał się zacząć o dwudziestej, a zakończyć godzinę później. Bardzo zaczęliśmy się martwić, kiedy po godzinie dwudziestej trzeciej nie wrócili do domu. Pamiętam, że kilka minut później zadzwonił nasz domowy telefon. Odebrałam go ja, ponieważ tata zasnął. Po drugiej stronie był policjant, który kazał mi zawołać osobę dorosłą. Obudziłam tatę i zaczął rozmawiać z nim. Do tej pory pamiętam wstrząśniętą minę mojego taty, jak zrobił się cały blady na twarzy, a jego ręce zaczęły drżeć. Po zakończonej rozmowie ruszył szybko do przed pokoju i zaczął się ubierać, a później kiedy był ubrany, ubrał mnie. Jechaliśmy do hali koncertowej w ciszy, a kiedy dojechaliśmy kazał mi zostać w samochodzie. Przed sobą miałam widok zawalonego budynku, ognia, kilkunastu wozów straży pożarnej oraz kilka wozów policyjnych i sporo karetek. Na początku nie wiedziałam co się stało, lecz później wszystko do mnie dotarło. Następnym obrazem jaki ujrzałam była kłótnia mego ojca ze strażakiem, który usiłował mu coś wytłumaczyć, a mój tata szarpał się chcąc pobiec do miejsca wypadku. Cały czas siedziałam w aucie i obserwowałam to co rozgrywało się przed moimi oczami. W końcu widząc, że strażak nie ustąpi tata wrócił do samochodu i zaczął płakać. Pamiętam, że pociągnęłam go za rękaw kurtki i zapytałam o co chodzi, wtedy odpowiedział, że była jakaś wada instalacji i wybuchł pożar, przez który zawalił się dach hali koncertowej zgniatając wszystkich, którzy tam byli. Więcej informacji nie potrzebowałam. Na początku siedziałam nieruchomo i starałam się jakoś przetrawić tą informację. Zaczęłam ciężko i gwałtownie oddychać ledwo łapiąc oddech. Później płakałam głośniej niż tata. Kilka minut później w szybę zapukał policjant, który poprosił tatę o identyfikację zwłok, które znaleźli w szczątkach budynku. Znów kazał mi zostać w samochodzie i poszedł sam. Poczekałam chwilę i wrócił z powrotem z nisko opuszczoną głową. Odpalił silnik i wróciliśmy do domu. Do dnia pogrzebu prawie wcale się do siebie nie odzywaliśmy. Później odcięliśmy się od naszej bolesnej przeszłości. Sprzedaliśmy wszystkie instrumenty jakie zostały po mamie i Andreasie, dom i pola uprawne, bo wtedy głównie żyliśmy z rolnictwa. Następnie wyjechaliśmy jak najdalej od Norwegii. Dojechaliśmy do Paryża i tutaj się osiedliliśmy. Później już nigdy więcej o tym nie mówiliśmy.- Zakończyłam swą historię
-Och... To... Boże, ciężko mi się wypowiedzieć. Jestem po prostu wstrząśnięta. Ileś wy przeszliście. A możesz mi powiedzieć ile lat miał wtedy Andreas albo o ile lat był od ciebie młodszy?
-Andreas miał wtedy sześć lat. Czyli był młodszy ode mnie o pięć lat.
-Czyli teraz miałby tyle ile ty miałaś wtedy...
-Tak. Masz rację.- Zgodziłam się z nią lekko smutna
-Ale pamiętaj kochanie. Masz swojego tatę, mnie, swoją przyjaciółkę Carrie, tak? Chyba dobrze pamiętam jej imię...
-Skąd wiesz o Carrie?
-Johan mówił, że często spędzacie ze sobą czas na przerwach oraz czasami cię odwiedza. - Odpowiedziała, a ja znowu byłam zdziwiona, że chłopak mówi tak wiele o mnie swojej rodzinie; stawało się to już dosyć irytujące...

Carrie
Przeżyłam. Cały dzień nie miałam styczności z panem Chodzący Ideał i dzięki Bogu za to, ale niestety jeszcze ten dzień się nie skończył, choć bardzo bym tego chciała. Moje życzenie jednak nie zostało spełnione i pod koniec uroczego dnia w szkole stało się to:
- Gdzie tak lecisz, słońce? - Zapytał się jak gdyby nigdy nic.
- Możesz przestać mnie tak nazywać? Spieszy mi się, mam swoje plany na dziś.
- Wybacz, kotku, ale musisz je zmienić. Od teraz będziesz zajęta czymś innym.
- Nie myśl, że możesz mi rozkazywać.
- Ja nie myślę, ja to wiem. Poza tym, zdaje mi się, że chcesz, aby twoja przyjaciółka była z dala od tego wszystkiego i raczej chcesz żeby była w jednym kawału.
- Czy ty mi właśnie grozisz? Bo chyba wiesz co, dobra, pójdę z tobą, ale masz dać Jenn święty spokój, już nie będziesz jej dokuczał tak jak mi, po prostu nie będzie dla ciebie istniała. Zgoda?
- Niech tak będzie, ale jeśli ty złamiesz umowę to ona pożałuje za ciebie. Jasne?
- Jasne.
- A teraz wsiadaj do samochodu.
- Dobra. - Rzuciłam i wsiadłam.
Po sekundzie on uczynił to samo. Ruszyliśmy z parkingu szkoły z zawrotną szybkością. Jechaliśmy przed siebie, nic nie mówiliśmy, tylko słuchaliśmy muzyki lecącej z radia. W pewnym momencie nie mogłam się oprzeć temu, aby zacząć śpiewać, ponieważ leciała moja ulubiona piosenka. Tak mnie korciło żeby otworzyć usta i aby z nich wypływały dźwięki. W końcu nie wytrzymałam, zaczęłam nucić i niestety zauważył to Aiden.
- Jak chcesz, możesz śpiewać, o ile nie ogłuchnę.
- Wiesz, dzięki za pozwolenie, ale nie skorzystam.
- Jak sobie życzysz.
- Powiesz mi w końcu dokąd jedziemy?
- Dowiesz się na miejscu.
- Chcę wiedzieć teraz. - Odparłam stanowczo, może nawet zbyt stanowczo jak na mnie.
- Coś ty taka nie w sosie? - Zapytał się z nutką wesołości w głosie.
- Po prostu mam ochotę, się dowiedzieć, gdzie mnie wywozisz.
- Po pierwsze, zostajemy w mieście, a po drugie, sama wsiadłaś do tego samochodu z własnej woli, więc nie porywam cię i działam całkowicie legalnie.
- To  powiesz mi w końcu, gdzie JEDZIEMY? - Specjalnie podkreśliłam słowo jedziemy, bo cały czas łapał mnie za słówka, a to było strasznie denerwujące, a tym bardziej, gdy on to robił.
- Jedziemy do mnie do domu, nie będę cię wtajemniczał w mój cudowny plan pod szkoła, gdzie wszyscy mogą nas podsłuchać, w moim pokoju nikt nas nie usłyszy.
- Niby kto by chciał słuchać tego, co masz mi do powiedzenia?
- Wierz mi albo nie, ale takich ludzi w szkole jest cała masa.
- Niech ci będzie. Im szybciej to załatwimy, tym szybciej będę od ciebie wolna.
- Gdzie ci tak śpieszno, słodziutka?
- Wszędzie, byle z dala od ciebie.
- Oo, jaka zadziorna. Może lizaczka też kupić dla dzieciaczka?
- Jak chcesz, to możesz sobie kupić lizaczka, bo ja już wydoroślałam, w przeciwieństwie do niektórych.
- I kto tu się wymądrza? - Zadał mi pytanie retoryczne, ale i tak chciałam mu odpowiedzieć, jednak nie dał mi dojść do słowa i sam zaczął nawijać. - A wracając do tematu, nie jestem aż tak okrutny jak ci się wydaje, są gorsi ode mnie. - Puścił do mnie oczko, co jeszcze bardziej mnie wnerwiło.
- Może i są gorsi, ale i tak dla mnie będziesz tym najgorszym, bo tamci nic mi nie zrobili, a ty... Ty zniszczyłeś mi połowę życia. - Powiedziałam z gniewem w głosie.
- Nie, nie, moja droga, ja ci nie zniszczyłem życia, sama to zrobiłaś. Ja ci tylko pokazałem, jak życie potrafi być okrutne dla takich istot jak ty.
- A od kiedy tak się o mnie martwisz, co?
- Odkąd mam na to ochotę.
- Jesteś nie do zniesienia.
- I nawzajem, moja księżniczko.
- Przestań! - Wrzasnęłam.
- Co? Co mam przestać?! - Zaczynał mnie coraz bardziej irytować.
- Przestań nazywać mnie tak. Mówię ci już to po raz chyba dziesiąty, nie nazywaj mnie tymi słodkimi przezwiskami, którymi obdarzasz każdą dziewczynę w tym mieście.
- To jak mam ciebie nazywać, wasza wysokość.
- Jeśli byłbyś taki łaskawy, to mów do mnie Carrie.
- Dobrze, Carrie.
Resztę drogi spędziliśmy w ciszy, ale nie dlatego, że nie miałam nic do powiedzenia, ale dlatego że zasnęłam ukołysana piosenkami lecącymi z radia, a do tego miałam pod sobą te wygodne siedzenie, które sprawiało, że nie chciało mi się w ogóle wysiadać z auta. Mogłam na nim siedzieć, na siedzeniu oczywiście, i nie wstawać. Ten fotel był jak moje łóżko, moją nową miłością, z którą nie chciałam się nigdy rozstawać. A dlaczego te porównanie, a dlatego że kocham swoje łóżko ponad życie i nie oddałabym go za Chiny. Było dla mnie najdroższe, jako rzecz materialna, bo ludzi do rzeczy materialnych nie wliczam. Ludzie to ludzie, istoty mające duszę, ciało i uczucia, które potrafią dokonywać rzeczy najwspanialszych, bo to co czujemy opisuje nas samych i pokazuje jacy jesteśmy oraz mówi innym to, czego nie potrafimy wyrazić za pomocą słów.
Gdy nadszedł czas wysiadki, Aiden wyjątkowo delikatnie mnie zbudził, ale i tak mu się oberwało. Daję słowo, że nie specjalnie, ale moja pięść jakimś cudem uderzyła w jego zgrabny nosek. Tak, specjalnie mówię zdrobniale na jego części ciała i nie tylko, aby mu się odwdzięczyć za te przeurocze słodkie słówka, które przez pół dnia tak mnie denerwowały.
- Wstawaj śpiochu, książę na białym koniu przybył, aby cię uratować z rąk potwora.
- Jakoś nigdzie nie widzę mojego księcia z bajki.
- Właśnie przed tobą stoi.
- Możesz sobie pomarzyć.
- Spokojnie, wiem, że nie możesz się oprzeć mojemu urokowi.
- Nie sądzisz, że powinieneś skończyć z tą nazbyt wielką pewnością siebie?
- Nie, nie sądzę. A powiem ci więcej, myślę, że mój poziom pewności siebie jest tam, gdzie powinien być. - I na tym skończyła się nasza szaleńczo interesująca konwersacja do czasu, gdy weszliśmy do jego ogromnego pokoju, a nie, przepraszam, apartamentu prezydenckiego. Jego jeden pokój wyglądał jak jakaś rezydencja.
Pokój Aidena był w barwie ciemnoszarej, a wszystkie meble i urządzenia były z górnej półki. Cała najnowsza technologia do użytku dla nastolatków znajdowała się w tym pomieszczeniu. Jego łóżko, a właściwie ogromne łoże mogło pomieścić ze stado słoni, albo tabun kochanek. Ale tak na serio, nigdy nie widziałam tak cudownej rzeczy na świecie oczywiście nie licząc mego łóżeczka i siedzenie w samochodzie Aidena. Prawdę mówiąc, najchętniej walnęłabym się na to łóżko i poszła śnić o moim księciu z bajki, ale nie o Aidenie ma się rozumieć. Poza tym, nie potrafiłabym wyobrazić sobie Aidena w lśniącej zbroi, którą nosili średniowieczni rycerze z opowieści o królu Arturze i rycerzach okrągłego stołu. A wracając do tematu wyglądu pokoju, to na środku sypialni stała kanapa, a na przeciwko niej wisiała ogromna plazmówka, która prosiła się,  aby ktoś ją włączył. Niedaleko łóżka znajdowała się szafa, a raczej bogato wyposażona garderoba, której ja nawet nie miałam, a byłam córką właścicielki firmy kosmetycznej i pisarza, co wiązało się z tym, że jako dziewczyna powinnam mieć więcej ciuchów niżeli jakikolwiek chłopak. Po drugiej stronie pomieszczenia stało biurko, a raczej trzy, na których stały nowoczesne komputery, a mówiąc komputery mam na myśli monitor, myszkę, klawiaturę itp., a nie sama jednostkę centralną. Gdzieś jeszcze zauważyłam wielką szafkę z książkami, którymi nie były podręczniki, a prawdziwe książki i to jeszcze te najnowsze, których jeszcze nie zdołałam przeczytać! U niego w pokoju mogłam czuć się jak w niebie, gdyby nie obecność właściciela tego wspaniałego apartamentu.
Po tym jak zrobiłam mały przegląd pokoju, chłopak się odezwał.
- Zamierzasz tak się przyglądać mej sypialni, czy może zaczniemy omawiać to, po co tu przyjechaliśmy? - Zapytał mnie, wyrywając przy tym z mego wewnętrznego monologu, który był dość ciekawy.
- Myślę, że możemy zacząć.
- To dobrze, ale musisz być w pełni skupiona, potem odwrotu nie będzie.
- I tak nie mam możliwości na nie wyrażenie zgody, więc zaczynaj nawijać.
- Co prawda, to prawda. No więc, będziemy musieli udawać przed naszymi rodzicami, że jesteśmy parą. No wiesz, będziemy chodzić na "randki" i w ogóle, będziemy podtrzymywać iluzję zakochanych gołąbeczków, więc będziesz musiała spędzać ze mną dość dużo czasu. Oczywiście poza wzrokiem naszych rodziców, będziesz mogła robić co ci się żywnie podoba, mnie to tam nie obchodzi, ale co najważniejsze. MASZ UDAWAĆ ZAKOCHANĄ WE MNIE DO SZALEŃSTWA.
- Po co miałabym to robić i to w dodatku z tobą?
- Bo, po pierwsze, wyjdzie to na dobra naszym rodzicom i ich interesom, a po drugie, we dwoje na tym skorzystamy. Tobie i tej twojej przyjaciółeczce, Jenn, nie będę, jak to ujęłaś, marnował życia, a mnie za to ojciec da święty spokój i nie będzie mi truł co noc nad uchem, że powinienem w końcu znaleźć sobie porządną dziewczynę itp.. Kumasz?
- Okej. - Przystałam na jego propozycję, bo wiedziałam, że w inny sposób nie da mi nigdy spokoju i nigdy nie będę mogła żyć normalnnie, bo będę czuła jego oddech na plecach.
- Tylko pamiętaj, nie mów nikomu o naszym układzie. Jak ktokolwiek się dowie to będzie i po tobie i po twojej przyjaciółeczce no i na końcu, po mnie. Jasne?
- Jasne jak słońce. - Aż zachichotałam, mimo że to nie było w ogóle na miejscu. - A czy teraz mógłbyś odwieźć mnie do domu? Nie chcę spędzić tu nocy.
- Czyżby nie podobała ci się perspektywa spędzenia nocy w tym łóżku. - Wskazał na łóżko, które mogło być moją największą miłością mego życia. W końcu wzięłam się w garść i odpowiedziałam poważnie i stanowczo.
- Z tobą? Nigdy.
- Nie musisz być taka oziębła. Możesz być spokojna, nie zamierzałem migdalić się z tobą w tym łóżku, ale skoro już masz takie myśli to ja nie mam nic przeciwko.
-  A idź ty w cholerę. Tylko jedno ci w głowie.
- Nie tylko jedno, ale nie mam nic przeciwko tej JEDNEJ rzeczy.
- Z resztą jak każdy facet.
- Tu się akurat z tobą zgodzę. A teraz, jeśli pozwolisz, to odwiozę cię do twojej wieży.
- Tylko na to czekałam. - Powiedziałam dość optymistycznie, co rzadko się zdarzało w jego towarzystwie.
- Dało się to zauważyć. - On chyba zawsze musiał mieć ostatnie słowo.
Wreszcie się stało to, na co czekałam cały dzień. Wróciłam do domu. Mimo że byłam zmęczona, a raczej wyczerpana, to wypełniało mnie szczęście, dlatego że w końcu powróciłam do mojego małego królestwa, jakim był mój skromny pokój.
Wzięłam odprężającą kąpiel z bąbelkami, posłuchałam w między czasie ukochanej muzyki, a na koniec ułożyłam się wygodnie pod ciepłą kołderką i poszłam spać, nie przejmując się kolejnym i ostatnim dniem szkolny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz