Obudziłam się całkowicie wyspana i nawet się cieszyłam z powodu pójścia do szkoły. W końcu mogłam być pewna, że Aiden nie będzie mnie nękał, a poza tym w szkole nie musiałam udawać jego dziewczyny, co było kolejnym plusem tego dnia. Ale ludzie, dzisiaj piątek! Nie wiem jak można nie być szczęśliwym w ten szczególny dzień tygodnia. Ten dzień to błogosławieństwo z niebios dla każdego człowieka na Ziemi, na pewno dla mnie.
Ubrałam się w białą bluzkę z rękawem trzy czwarte, a do tego włożyłam miętową spódniczkę. Jedynym dodatkiem był naszyjnik z anielskimi skrzydłami, który nosiłam zawsze na sobie. Był on jedyną pamiątką po mojej zmarłej sześć lat temu babci. Kochałam ją ponad życie i była dla mnie jak druga matka i zawsze się mną zajmowała, gdy mama nie miała czasu albo robiła coś ważniejszego niż opiekowanie się mną.
Zeszłam na dół i zrobiłam sobie pożywne śniadanie, które polegało na wzięciu z lodówki jogurtu i słodkiej bułeczki z nadzieniem toffi, które tak uwielbiałam. Gdy miałam już wchodzić usłyszałam wyjątkowo głos mojej rodzicielki, która powinna o tej porze spać.
- Kochanie?
- Taaak? - Odparłam zdziwiona, bo mama nie nazywała mnie tak na co dzień, chyba że coś chciała.
- Dzisiaj będzie się odbywała bardzo ważny bankiet, na który cała nasza rodzina jest zaproszona.
- A co to za bankiet?
- Przecież wiesz, że ciągam cie tylko na bardzo ważne kolacje lub bankiety biznesowe i rodzinne.
- No wiem. Ok, pójdę. A kto tam będzie?
- Głownie wysoko postawieni ludzie w różnych branżach m.in. będzie tam Julian z synem. Są oni najważniejszymi gośćmi, a poza tym przydałoby się żebyś i ty reprezentowała swoją rodzinę jak to robią dzieci innych biznesmenów i biznesmenek. - Wyjaśniła.
- No w porządku, przecież mówię, że pójdę tam z wami. - Powiedziałam bez emocji, ale wiedziałam że dla mamy to wiele znaczy, ta kolacja, bo w końcu będzie mogła spokojnie spać, gdy wszystko wtedy pójdzie po jej myśli.
- Jesteś aniołem, skarbie. - Podeszła do mnie bliżej, bo wcześniej stała dwa metry dalej ode mnie, i przytuliła mnie jak nigdy wcześniej.
- Mamo. Zaraz połamiesz mi kości.
- Ach... No tak, nie jesteś z gumy. A czy ty przypadkiem nie powinnaś iść do szkoły?
- Tak, mamo, powinnam, ale przez tą rozmowę nie zdążę na autobus, a jeszcze muszę iść po rzeczy na górę.
- Nie spiesz się, zawiozę cię.
- Dzięki mamuś, ale nie musisz.
- Muszę, w końcu jesteś moją małą córeczką. - Łza poleciała jej po policzku, chyba naprawdę wczuła się w swoją matczyną rolę.
- Dawno mnie tak nie nazywałaś. - Zauważyłam.
- To prawda, musiałam zapomnieć jak to cudownie jest być matką.
- Możliwe, ale mam nadzieję, że niedługo odzyskam w pełni swoją mamę.
- Przepraszam, skarbie, że nie miałam dla ciebie czasu.
- Nie ma sprawy, mamciu, ale musisz mi obiecać, że się poprawisz. - Mama zaczęła na dobre płakać przez co i ja uczyniłam podobnie.
- Obiecuję. - Tym razem uścisnęła mnie jeszcze mocniej, że o mało nie straciłam możliwości oddychania.
Przez chwilę stałyśmy do siebie przytulone. Zdaje się, że mamie nie przeszkadzał w tym fakt, iż zaraz będę spóźniona do szkoły. A jednak się zagalopowałam, bo moja mamcia po chwileczce rzekła:
- Dobra, koniec tego dobrego, zaraz spóźnisz się do szkoły, a zależy mi żebyś przeżyła dzisiejszy dzień bez żadnych uwag w szkole i zbędnych pytań, bo pojedziemy zaraz po twoich zajęciach po sukienkę dla mnie i dla ciebie na dzisiejszy wieczór. Zapowiada się dobra zabawa. - Oznajmiła z uśmiechem na ustach po tym jak skończyła wypłakiwać sobie oczy. Ja na szczęście miałam wodoodporny makijaż, więc się nie rozmazałam.
Po pięciu może dziesięciu minutach mama była ubrana tak jak zawsze, czyli bardzo szykownie i elegancko. Nie mam zielonego pojęcia jak udało jej się tak szybko zrobić tak doskonały makijaż, ale musiałam przyznać, że byłam pod ogromnym wrażeniem. Moja mama potrafiła zaskakiwać i to się jej chwaliło, bo często to czym zaskakiwała przynosiło dobre efekty.
- Możemy już jechać? - Zadałam mamie pytanie, a ta odpowiedziała twierdząco.
Wsiadłyśmy do jej samochodu, którego ubóstwiałam, bo, co dziwne, był on samochodem takim bardziej nowoczesnym i zwykłe matki takimi nie jeździły, co przekonywało o tym, że moja mamusia jest wyjątkowa.
Gdy byłyśmy już pod szkolą i przyszła pora na to, abym wysiadła z auta, mama się odezwał.
- Przyjadę po ciebie o drugiej.
- Dobra.
- Papa, słoneczko.
- Pa. mamo. - dałam jej buziaka w policzek i podreptałam w stronę budynku szkoły. Nagle coś, a raczej ktoś, chwycił mnie za rękę i pociągną za sobą. Gdy w końcu stanęliśmy w miejscu, ujrzałam twarz winowajcy, którym oczywiście był...
Jenny
W końcu nastał piątek. Przez dwa pełne dni czyli czterdzieści osiem godzin nie widziałam się z Carrie. Strasznie się za nią stęskniłam. Postanowiłam, że dzisiaj zajdę do szkoły. Byłam mega zmotywowana i miałam lekkie ADHD, gdyż nie znosiłam leżeć w miejscu przez długi czas i nic nie robić. Wstałam normalnie z łóżka i się ubrałam. Nawet nie odczuwałam już tego durnego bólu pleców. O dziwo było kilka minut po ósmej, pomimo iż zazwyczaj wstawałam około jedenastej. Powoli i na palcach wyszłam ze swojego pokoju, by nie zbudzić taty, który miał świetny słuch i lekki sen. Zeszłam na dół, zrobiłam sobie szybką kanapkę, zostawiłam kartkę tacie, że wyszłam do szkoły, wzięłam plecak i stary rower z garażu po czym pojechałam na nim do szkoły. Czułam jak chłodny wiatr wplata się w moje włosy, a jeszcze letnie słońce ogrzewa moją twarz. Gdy wreszcie dojechałam do szkoły była już dziewiąta. Tak, jechałam godzinę. Autobusem zazwyczaj jedzie się dwa razy krócej, lecz autobus był rano i następny kurs miał dopiero po lekcjach, gdyż jest to autobus szkolny. Od dziesięciu minut zaczęła się druga godzina lekcyjna, a ja weszłam do sali jak gdyby nigdy nic. Przywitałam się z nauczycielem ( na moje nieszczęście z panem Hardwork'iem) i usiadłam na swoje miejsce przy oknie. Tym razem słuchałam i bacznie zapisywałam to co mówił nauczyciel biologii. Nawet czegoś się nauczyłam! A mianowicie, że jego lekcje są nudniejsze niż mi się wcześniej wydawało... Cóż, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Po biologii miałam wuef, więc pędem zaczęłam szukać Carrie. W końcu znalazłam ją w dosyć dziwnym miejscu i z jeszcze dziwniejszą osobą czyli Aiden'em. Popatrzyłam na niego złowrogo i ruszyłam w ich kierunku. Oczywiście oboje byli zdziwieni mym widokiem. Chciałam przywalić temu ,,arystokracie" z liścia, lecz mój wewnętrzny głos podpowiadał mi, żebym lepiej tego nie robiła:
-Heeeej Carrie!- Przywitałam się pogodnie jak gdyby nigdy nic- Co tam słychać? Tęskniłaś?- Zapytałam
- Jasne, że tęskniłam i to bardzo. - Podbiegła do mnie i przytuliła tak mocno, że poczułam ponownie ból pleców
-Błagam, nie tak mocno... Plecy...- Tyle zdołałam z siebie wydusić podczas tego przyjacielskiego uścisku
- Oj, przepraszam, troszku się zapomniałam, ale tak dawno cię nie widziałam, że mogłabym się do ciebie przytulać cały dzień. - Powiedziała ma przyjaciółka
-Wieeem.- Odparłam
-A tak w ogóle tata wie, że jesteś w szkole? Miałaś mieć półtora tygodnia wolnego...
-Ciii... - Puściłam do niej oczko- Znudziło mi się ciągłe leżenie i odpoczywanie
- No tak, za długo w jednym miejscu nie usiedzisz, nawet jeśli pół świata będzie ci leżało u stóp. - Zaśmiała się z niewielką krztą wesołości, chyba coś ją gnębiło, lecz nie chciała mi powiedzieć, a ja nie chciałam jej wypytywać, wolałam żeby powiedziała mi sama co ją trapi.
- No tak, za długo w jednym miejscu nie usiedzisz, nawet jeśli pół świata będzie ci leżało u stóp. - Zaśmiała się z niewielką krztą wesołości, chyba coś ją gnębiło, lecz nie chciała mi powiedzieć, a ja nie chciałam jej wypytywać, wolałam żeby powiedziała mi sama co ją trapi.
-Więc Aiden znowu ci dokucza?- Zapytałam nagle zdając sobie sprawę, że nie jesteśmy same
- Wieeesz, jakoś ostatnio dał mi spokój i staramy się ze sobą zaprzyjaźnić. - Zaczęła coś kręcić, a to mi się wcale nie podobało.
-Hmm... Carrie czy mogłabyś zostawić nas samych? Muszę z nim przez chwilę porozmawiać. Spokojnie. Obejdzie się bez rękoczynów.- Uspokoiłam ją, a ona posłusznie odeszła- A więc czy możesz mi wyjaśnić co zamierzasz?- Zwróciłam się do Aiden'a
- Czemu się tak tym interesujesz, kotku. Czyżbyś miała ochotę powtykać nosa w nieswoje spawy, kruszynko? - Zaczął swoją gadkę
- Czemu się tak tym interesujesz, kotku. Czyżbyś miała ochotę powtykać nosa w nieswoje spawy, kruszynko? - Zaczął swoją gadkę
-Uch... Przestań mnie tak nazywać, bo tym razem to ty wylądujesz w szpitalu.- Fuknęłam
-Oj, kicia ma pazurki. Uważaj by żadnego nie złamać...- Nie dokończył, bo oberwał w twarz i padł na plecy.
-Jeszcze raz nazwij mnie pieszczotliwie, a ma przepowiednia się spełni.- Mruknęłam i pomogłam mu wstać
-Ech. Muszę przyznać, że uderzenie to masz jak chłopak.- Pochwalił mnie, lecz nie na długo- Ale ja mam silniejsze.- Już się zamachnął, a ja zrobiłam unik- Ty jesteś jakimś ninją czy coś?- Zapytał zdziwiony
-Nie... Jestem myśliwym.- Odpowiedziałam z uniesioną głową i odeszłam mówiąc przy tym- Nadal czekam na przeprosiny...
- To się ich nie doczekasz, księżniczko.- Usłyszałam za sobą i przewróciłam oczami zostawiając go samego.
Gdy zadzwonił dzwonek na lekcje byłam już na bloku sportowym i czekałam na ławce na mojego nauczyciela i resztę klasy. Kiedy się wszyscy pojawili weszliśmy do sali gimnastycznej i zaczęła się rozgrzewka. Oczywiście grzałam ławę, czego strasznie nie lubiłam. Jak się okazało mieliśmy dzisiaj w planach koszykówkę (jednak ten dzień może być piękny). Podczas lekcji wuefu mogłam podziwiać sportowe możliwości naszych chłopaków z klasy (w tym Johana, który był w swoim żywiole). Niestety dziewczęta zrezygnowały z gry, gdyż jedne obawiały się o swoje świeżo pomalowane paznokcie, a drugie o swe życie, gdyż chłopaki potrafią mega agresywnie grać, a w szczególności mój sąsiad i rywal, który powoli stawał się moim kolegą z widzenia.
Widziałam jak gra w kosza co było niemal niezwykłym zjawiskiem. Chłopak idealnie odnajdował się w obronie, chociaż czasami był na pozycji atakującej i zdobywał punkty dla swojej drużyny. Po wuefie miałam angielski, który nawet lubiłam, z resztą tak samo jak resztę języków. W ogóle interesujące wydawało mi się to, że każdy kraj posługuje się innym językiem, a za pomocą angielskiego mogę na przykład pogadać z osobą z zupełnie innego kraju, a nawet kontynentu. To jest właśnie w tym najlepsze, że mimo iż jesteśmy z innego otoczenia, innej kultury oraz innego wyznania możemy się dogadać i miło spędzić ze sobą czas.
Tak więc po angielskim niestety, ale przyjechał po mnie tata. Cóż mówiąc, że był wnerwiony to chyba nie najlepsze określenie do stanu w jakim się obecnie znajdował... Był wręcz wściekły do granic możliwości:
-Jenn! Co ty od rana do cholery odwalasz?!- Zadał mi pytanie przy całej klasie
-Uczę się w szkole...- Odparłam cicho spuszczając głowę w dół niczym zbity pies; nie chciałam pogarszać swojej sytuacji
-Ale ty masz kurka zwolnienie! Do samochodu i to już!
-Nie.- Szepnęłam i podniosłam odważnie głowę- Czuję się już dobrze, nie muszę odpoczywać.- Rzekłam stanowczo lekko podnosząc głos; ech, i tak już było źle, gdyż oczy wszystkich uczniów przebywających na korytarzu gapiły się na mnie i mojego tatę i bacznie obserwowały rozwój wydarzeń
-Co? Powiedziałem do samochodu i to już!
-Nie! Nie jestem małą dziewczynką! W domu czuję się jak w więzieniu. Nic nie mogę sama zrobić! Czy ty wiesz jak to jest, gdy czujesz się bezradny i gdy wszyscy skaczą koło ciebie, by cię zadowolić? Czuję się jak jakaś niepełnosprawna!
-Dobra! Ustalmy coś, ale na osobności.- Postanowił
-Ok!- Odparłam stanowczo i ruszyłam za nim na dół do drzwi wejściowych; jak się spodziewałam cały tłum, który nam się przysłuchiwał podążył za nami i starał się cokolwiek z naszej ugody usłyszeć:
-Jenn. Ja rozumiem, że w domu masz ograniczoną swobodę, ale to dla twojego zdrowia. Nie robię ci tego na złość ani ja, ani Allie. Na serio. Cóż, wiem, że odziedziczyłaś po mnie upór więc ustalmy pewne zasady...- Zaproponował
-No dobrze.
- A więc: będziesz osobiście podwożona przeze mnie do szkoły oraz odbierana, będziesz mogła poruszać się samodzielnie po całym domu, ale jak najrzadziej i tylko wtedy kiedy to jest konieczne. Zasady dotyczące polowań i ogólnie jakiegokolwiek większego wysiłku fizycznego nie ulegają zmianie.- Oznajmił
-Ok. Pasuje mi.- Posłałam mu radosny uśmiech, na który odpowiedział mi tym samym- I przepraszam, że się na ciebie wydarłam...
-Ja też przepraszam.- Powiedziawszy to przytuliliśmy się do siebie, a tłum który myślał, że jest niewidzialny rozszedł się wiedząc, że dalszego ciągu kłótni nie będzie.
-Kocham cię tato.- Wyszeptałam
-Ja ciebie skarbie też.- Odszepnął i nagle zapytał wypuszczając mnie z objęć- O której kończysz?
-Za dwie godziny.
-Ok. Będę czekał.- Obiecał
-Aaa tato!- Zwołałam- Możesz zabrać mój rower sprzed szkoły?- Zadałam mu pytanie, a on kiwną głową i wyszedł ze szkoły zostawiając mnie prawie całkiem samą na korytarzu, gdyż za mną stał Johan, który zdradził swoją obecność kładąc swoje wielkie łapska na moich ramionach:
-Ej, a ty tu czego?- Zapytałam poirytowana i lekko wystraszona
-Ktoś chyba musi cię pilnować byś się nie przemęczała?- Zadał mi pytanie retoryczne zdejmując mój plecak z pleców i zarzucając go na swoje:
-Eeee, oddawaj!- Krzyknęłam chcąc odebrać mu moją własność
-Nieee.- Pokazał mi język i ruszył w strone sali lekcyjnej
-Johan! Ty diable wcielony, wracaj tu!- Zaczęłam iść za nim szybkim krokiem, aż w końcu go dogoniłam i próbowałam odebrać mu mój plecak
-Jeeeenn!- Usłyszałam pełen strachu głos Katie, której nie widziałam od poniedziałku; spojrzałam w stronę z której dochodził głos dziewczyny i zauważyłam grupkę chłopaków, którzy ciągali ją za włosy oraz opróżniali jej plecak
-Ej! Zostawcie ją!- Zacisnęłam ręce w pięści i zaczęłam zmierzać na miarę moich możliwości w ich kierunku
-O proszę! Zbuntowana kaleka idzie na pomoc Rudej!- Zaśmiał się jeden z chuliganów
-Kaleką to zaraz ty będziesz.- Zagroziłam mu i już chciałam się zamachnąć, gdy załapał mnie za rękę Johan i powstrzymał przed zadaniem ciosu.
-Hah! Patrzcie! Pantoflarz też broni Rudej!- Wybuchnął śmiechem inny chłopak, który nie ustał zbyt długo, gdyż oberwał kopniaka od Johana.
-Któryś ma coś jeszcze do powiedzenia?- Zapytał ostro szatyn taksując wzrokiem znęcających się nad Katie chłopaków
-Myślisz, że taki silny jesteś Jager? Nic bardziej mylnego. Nie wiem, dlaczego bronisz te dwie sieroty. Masz całkiem niezły potencjał do naszej paczki...- Zaproponował mu chłopak, który nazwał mnie ,,zbuntowaną kaleką" i który prawdopodobnie był liderem tej grupy łobuzów
-Wybacz stary, nie jesteście na moim poziome, poza tym mam szacunek do kobiet, co jest w Niemczech bardzo ważne.
-Ale my nie jesteśmy w Niemczech.- Szepnęła wystraszona na maksa Katie
-Pysk rudzielcu!- Wrzasnął na nią ,,Lider", a ja wykorzystałam nieuwagę Johana i zaatakowałam go. Rzuciłam się na niego okładając jego twarz pięściami i krzycząc: ,,Sam masz pysk tispe (suko)!"
-Ej, Jenn!- Zawołał zdezorientowany Niemiec i próbował mnie odciągnąć od krwawiącego już chłopaka; jedyną wadą młodych francuskich chłopców jest brak solidarności. Kiedy jednemu dzieje się krzywda inni stoją i patrzą albo uciekają z przekonaniem, że ich to nie dotyczy (od autorek: drodzy Francuzi, proszę nie brać tego do siebie, gdyż jest to tak napisane na potrzeby książki, tak na serio to jesteście spoko ;) ).
Po stoczonej bójce wylądowaliśmy wszyscy u dyrektora. Na szczęście wszystko zakończyło się tylko upomnieniem i wizytą ,,Lidera" u pielęgniarki.
Po skończonych lekcjach zgodnie z zapowiedzią ujrzałam na parkingu szkolnym terenowy samochód, który należał do mojego taty. Podeszłam do niego i wsiadłam zapinając pas:
-I jak dzisiaj było w szkole?- Zapytał ciepłym głosem mój ojciec
-Świetnie!- Odparłam radośnie nic nie mówiąc o bójce i lekkim bólu pleców, który od tamtej pory zaczął mi towarzyszyć; nagle spojrzałam w kierunku szkoły i zobaczyłam wychodzącego z jej wnętrza Johana, który szedł na przystanek autobusowy ze spuszczoną głową- Tatooo...- Zaczęłam- Może go podwieziemy?
-Kogo?- Był lekko zdezorientowany, lecz zaraz skapnął się o kogo mi chodzi- Jasne!- Powiedziawszy to podjechał w stronę chłopaka i zawołał przez otwartą szybę- Ej, Johan, podwieźć cię?
-Jeśli to nie będzie problem.- Powiedział cicho i niepewnie
-Oczywiście, że nie. Wsiadaj!- I tak oto podwieźliśmy chłopaka, który już po raz drugi stanął w mej obronie oraz zaczął się o mnie troszczyć...
Carrie
Gdy w końcu przyszła pora na to by wyjść ze szkoły i odetchnąć, znowu zostałam złapana. Oczywiście tym razem wiedziałam kto za tym stoi. I się nie pomyliłam. Mym oprawcą był nie kto inny jak Aiden. Mój udawany chłopak. Niestety już dzisiaj miałam zacząć grać swą rolę.
- No hej, kotku. - Milczałam. - Nie przywitasz się ze swoim chłopakiem? - Zrobił jedną z tych swoich min, które wykorzystywał do swoich niecnych celów. - Dobra, jak tam sobie chcesz, ale na tym bankiecie masz zachowywać się tak, jakbyś właśnie się we mnie zakochiwała. Pamiętaj.
- Czyli dopiero zaczynamy te podchody, zamiast od razu być parą? - Zapytałam lekko zniesmaczona całą ta sytuacją.
- No ba, przecież twoja mama nadal sądzi, że się nienawidzimy.
- Jak mogłaby myśleć inaczej, skoro aż ode mnie kipi nienawiścią do ciebie i to raczej się nigdy nie zmieni.
- Pożyjemy, zobaczymy.
- Jak ja nie cierpię kiedy jesteś takim zadufanym w sobie dupkiem.
- Czyli w twoim myśleniu, cały czas. Czyż nie ma racji? - Jeszcze się głupio pytał, jakby nie wiedział.
- Tak, trafiłeś w dziesiątkę, a teraz wybacz, ale moja mama zaraz przyjedzie po mnie. - Odwróciłam się do niego i do drzewa, przy którym staliśmy, plecami.
- Widzimy się później, kotku. - Już chciałam krzyknąć, aby nie nazywał mnie tak, ale właśnie w tej oto chwili samochód mamy stanął prawie przed moim nosem.
Podeszłam bliżej do auta, coś mnie powstrzymało przed wsiąściem do niego. Obejrzałam się za siebie, ale Aidena nie było przy wielkim drzewie, jakby rozpłynął się w powietrzu. Wsiadłam po chwili do samochodu i dałam mamie buziaka w policzek.
- Hej, skarbie. Jak było w szkole?
- Hej, mamciu. W szkole było w porządku, da się przeżyć.
- To dobrze, a teraz się musimy się pospieszyć, bo potrzebujemy zajechać w kilka miejsc.
- A co to za miejsca?
- Zobaczysz. Gwarantuję, że ci się spodobają.
- Skąd ta pewność. - Powiedziałam z uśmiechem, bo wiedziałam, co mi odpowie.
- Bo jesteś taka jak ja.
- I tu się z tobą zgodzę.
Porozmawiałyśmy z mamą o różnych bzdetach. Fajnie było znów pogadać z mamą jak za dawnych czasów. Sądzę, że bardzo mi tego brakowało, a w szczególności jej. Rzadko ze sobą rozmawiałyśmy, prawie nigdy, więc wspólnie spędzony z nią dzień, był czymś co będę wspominać przez najbliższy tydzień.
Poszalałyśmy na zakupach, byłyśmy u kosmetyczki i fryzjerki, więc we dwie wyglądałyśmy jak nówki sztuki, nieśmigane. Gdy przyszedł czas, aby wrócić do domu, założyć wieczorową suknię i szpilki, aby udać się na kolację, byłyśmy z lekka wyczerpane. Latanie po sklepach miało swoją cenę. Bolące nogi, które po kąpieli były jak nowe, z resztą jak całe moje ciało, i głowa, która dzięki gorącej herbacie przestawała boleć. Tak więc, gdy wróciłam do domu, musiałam się trochę sprężyć, by z wszystkim się wyrobić. Oczywiście fryzurę i makijaż miałam gotowe, więc ich kwestia nie podlegała dyskusji, nie było co poprawiać. Jedyny problemem były buty, których nie mogłam dopasować do sukienki. Jednakże od czego jest mama, ona zawsze poratuje z każdej sytuacji, nawet najgorszej.
Kochana mamusia miała szafę pełną skarbów, czyli butów, a dokładniej szpilek. Nie wiem jakim cudem uzbierała tak wspaniała kolekcję obuwia, ale wolałam jednak nie wiedzieć. Plusem tej wielkiej kopy szpilek było to, że zawsze się do czegoś przydawały. Na szczęście wśród nich, były idealne buty do mojej granatowej kreacji, którą wkładałam dziś wieczór.
Tata w garniaku stał w kuchni i czekał na królowe swego życia, czyli moja mamę i mnie. Wpierw zeszła mama, bo ta musiała zawiązać tacie porządnie krawat, bo jego zdolności w tym zakresie były minimalne. Nie chodził zbyt często na uroczyste imprezy, więc rzadko nosił garnitur i krawat. Ja nie miałam problemu z krawatem, bo nigdy nie musiałam go nosić, na szczęście z resztą, bo akurat bycie małą niezdara odziedziczyłam po nim, więc gdybym była chłopakiem, miałabym ten sam problem co mój tatuś.
Ostatecznie zeszłam po schodach na dól powoli. Wolałam dotrzeć na ten bankiet w jednym kawałku, z całą suknią i bez złamanego obcasa, co było nie lada wyzwaniem, bo gdy się stresowałam, wszystko szło nie po mojej myśli. Zawsze musiał się coś stać, abym potem miała dość swego życia. Miałam ogromną nadzieję, że tym razem dotrę na miejsce i przeżyję ten wieczór bez większych przeszkód, co graniczyło praktycznie z cudem. Chciałam, aby ten cud dzisiejszego wieczoru się stał. Wręcz błagałam o niego niebiosa.
Dotarłam na bankiet w jednym kawałku bez żadnych szkód. Pięciogwiazdkowy hotel, w którym odbywało się dzisiejsze wydarzenie, był niesamowity i uderzająco piękny. Mogłam tak stać i podziwiać wnętrze, ale fakt, że przybyłam w to miejsce z innego powodu, powstrzymywał mnie przed uczynieniem tej rzeczy.
Sala bankietowa była wypełniona ludźmi, którzy wystroili się w najlepsze ciuchy. Z resztą nie dziwie się im, sama zrobiłam dokładnie to samo kupując te granatowe cudeńko, zwane potocznie suknią wieczorową. Moja mama włożyła tradycyjnie czarną suknię, ten kolor był jej ulubionym, więc nie mogłam się dziwić, że wciąż nosi ciemne lub po prostu czarne ubrania. A wracając do tematu, goście zasiadali przy stolikach, na których stały kartki z napisanymi najważniejszymi danymi osobowymi, czyli imieniem i nazwiskiem, a czasami ze stanowiskiem jakie piastują. Mój stolik był częściowo zapełniony, bo nasze miejsca znajdowały się tam, gdzie Aidena i jego ojca, Juliana Heavensa.
Panowie się serdecznie powitali, tak jak ja i moi rodzice. Obaj wyglądali bardzo dostojnie w tych garniturach. Pierwszy raz w życiu mogłam powiedzieć, że z Aidena było niezłe ciacho. Żeby było jasne, nie powiedziałam oczywiście tego na głos. Jeszcze tego by mi brakowało, aby jeszcze jego ego się powiększyło i stało się nie do zniesienia. Ku memu zaskoczeniu Aiden nawet pomógł mi usiąść. Pierwszy raz w życiu widziałam te oblicze chłopaka, oblicze dżentelmena, którego nigdy nie poznałam, aż do teraz. Jego wygląd i zachowanie było nienaganne, co mnie pozytywnie zaskoczyło. W czasie rozmowy z moimi rodzicami, wyrażał się dość poprawnie, co nie zbyt często się zdarzało w codziennym życiu. Gdyby taki był na codzień, to może istniałaby szansa, że mogłabym się w nim zakochać, ale i tak tego nie chciałam.On na zawsze pozostanie tym, który sprawia, że moje życie staje się koszmarem.
Zjedliśmy kolację, która swoją drogą była wyśmienita, ale co ważniejsze to fakt, że miałam dopiero pół wieczoru za sobą. Moi rodzice byli tak pochłonięci rozmową z ojcem Aidena, że zapomnieli chyb o moim istnieniu. W ogóle nie wiedziałam po co moja mamcia mnie tu ściągnęła. Zdaje się, że tylko po to, abym przyglądała się im oraz sufitowi, a w między czasie zerkała na Aidena, którego oczy lądowały często na moim dekolcie, co było nad wyraz denerwujące. Oczywiście, gdy zaczynałam patrzeć w jego stronę, udawał, że patrzy coś w telefonie. Gdy tylko odwróciłam wzrok, czułam jego spojrzenie na moim ciele, aż ciarki mnie przechodziły. W końcu Aiden ruszył swoja szanowną dupę z miejsca i podszedł do krzesła, które zajmowałam i zaprosił mnie do tańca. A ja, że byłam bardzo dobrze wychowana, jakżebym mogła wyrazić odmowę, gdy dżentelmen prosił. A tak na prawdę to moje zachowanie na dzisiejszym bankiecie podlegało mojej i jego umowie, więc nie miałam wyboru i musiałam się zgodzić. Toż miałam odgrywać, że się w nim powoli zakochuję.
W chwili, gdy postać Aidena znalazła się przy mojej, nasi rodzice spojrzeli w nasza stronę z niedowierzeniem. Moja mama wpadła w osłupienie, gdy zobaczyła, że tańczę z synem najbogatszego człowieka we Francji. Pewnie też bym wpadła, gdybym usłyszała o tym dwa dni temu, ale teraz jakoś mnie to nie rusza.
- Pięknie wyglądasz. - Skomplementował mnie chłopak.
- Ty też nie najgorzej. - Odwdzięczyłam się najlepiej jak umiałam, ale i tak to kiepsko zabrzmiało w moich ustach.
- Mogłabyś nie robić tej smutnej miny szczeniaczka, bo wyglądasz tak, jakbym był seryjnym mordercą i chciał cię zabić.
- A tak nie jest?
- Nie. Na razie mam w planach tylko taniec z tobą.
- Zero zabijania? Nawet wzrokiem?
- Zero. - Zaczęłam się śmiać, po czym i Aiden dołączył do mnie.
- To dobrze. Chcę jeszcze trochę pożyć.
- Wiesz, też mi nie śpieszno do grobu, ale zastanawiam się czy ty przypadkiem nie planujesz małego zabójstwa w środku bankietu.
- Nie, a co?
- A nic. Sprawdzam, czy przypadkiem nie chcesz dokonać tego morderstwa za pomocą szpilek.
- Buty mają być w jednym kawałku i nie pobrudzone, więc wykluczam tą zbrodnię.
- Uff. Chyba dzisiaj mam szczęście.
- Widocznie tak. Ale nie przyzwyczajaj się za bardzo do tego.
- A to dlaczego? Czyżbyś miała jakieś niecne zamiary?
- Ja nie, ale ty na pewno tak, więc moja zbrodnia w zamian za twoją.
- Oo. To w najbliższym czasie postaram się ci nie dokuczać, bo życie jest mi jeszcze miłe.
- I masz racje, lepiej nie denerwuj mola książkowego i zdjęciomaniaczki w jednym.
- Zdjęciomaniaczki?
- Tak, no wiesz, osoby, która robi od groma zdjęć. Jak zrobię kilka zdjęć będę miła bardzo ładne dowody na twoją niekorzyść.
- Acha, no to spoko. Więc jak mówiłem, postaram się ci nie podpaść.
- To dobrze.
Tańczyliśmy, rozmawialiśmy i śmialiśmy się jak nigdy przedtem. Patrzyliśmy sobie w oczy bez nienawiści i pogardy, co nie zdarzało się do tej pory. Dopiero teraz zauważyłam jak jego błękitne oczy są piękne i uwodzicielskie. Były jak ocean bezkresny i głęboki oraz jak rzeka o silnym prądzie, porywające, aż ciężko się było oderwać, ale wciąż pozostawały oczami Aidena. Do tego czasu nie przyznałam tego i na głos tego też nie zrobię, ale w głębi duszy mogę rzec, że wiem, co pociąga dziewczyny w nim, bo właśnie to odkryłam, przynajmniej tak sądzę.
Utwór wykonywany przez orkiestrę się skończył, ale nie chciałam jeszcze schodzić z parkietu i Aiden raczej też, bo poprosił mnie o drugi taniec. Przystałam na jego propozycję. Był świetnym tancerzem i mogłam gwarantować, że dzisiejszego wieczoru nie potrafiłabym znaleźć lepszego partnera do tańca, poza tatą, który zajmował się swoją królową w tej chwili. Jak mogłam mieć mu to za złe, skoro mama wyglądała na przeszczęśliwą, co i mnie zadowalało, więc pozostawało mi tylko, zostawić ich samym sobie. Ja natomiast miałam zamiar zająć się Aidenem.
Sunęliśmy po parkiecie tak, jakbyśmy mieli ten taniec już od dawna przećwiczony do doskonałości. Taki ten taniec właśnie był: doskonały, cudowny i niesamowity. Mogłam tak z nim tańczyć w nieskończoność, ale niestety wszystko się kończy, tak samo jak ten wieczór wraz z tańcem, który nigdy się nie powtórzy, bo nic nie zdarza się dwa razy tak samo. Mówi się trudno, ale chciałabym jeszcze kiedyś powtórzyć tę piękną chwilę, w której moje myśli na temat Aidena nie dotyczyły uduszenia go lub rzeczy jeszcze gorszych, których lepiej sobie nie wyobrażać. Naprawdę.
W chwili, gdy musieliśmy skończyć te wygibasy na parkiecie, Aiden delikatnie ucałował mą dłoń, co wywołało lekki rumieniec na mej twarzy oraz uśmiech od ucha do ucha. Poczułam się szczęśliwa. Ten czyn sprawił, że raz w życiu byłam pod jego ogromnym wrażeniem. Po tym jak to zrobił miałam do niego mniej nienawiści niż przedtem, ale reszta wciąż pozostawała na miejscu.
Niedługo po tym jak skończyłam wirować na środku sali, tata ogłosił mi, że zaraz będziemy wracać, więc miałam się pożegnać ze swoim przyjacielem, jak to ujął, i przyjść z powrotem do nich. Jak chciał, tak zrobiłam.
Gdy podeszłam do pana Genialnego Tancerza ten powiedział:
- Dobrze się spisałaś, a w szczególności w momencie, gdy się zarumieniłaś. Lepszej aktorki nie mógłbym wybrać na twoje miejsce.
- Dzięki.
- Ale nie przyzwyczajaj się za bardzo do tych komplementów i mego łagodnego zachowania. Za często nie będziesz miała z nim styczności. - Puścił do mnie oczko i się uśmiechnął, ukazując przy tym białe zęby.
- A już miałam nadzieję. No trudno, jakoś przeżyję bez miłego Aidena, ten zły też się nada, gdy nie jest zbyt denerwujący. - I ja lekko się uśmiechnęłam.
- Mogę to samo powiedzieć o tobie.
- Dobra, muszę lecieć. - Pożegnałam się i zaczęłam iść w stronę rodziców, a ten chwycił mnie za dłoń i obrócił wokół własnej osi, po czym ucałował mnie w policzek i szepnął do ucha:
- Gdzie się wybierasz, Kopciuszku, północ jeszcze nie wybiła?
- Wracam do domu.
- Ale tak bez porządnego pożegnania?
- Czego ode mnie oczekujesz?
- Prawdę mówiąc to niczego, ale przydałby się mały buziak na pożegnanie.
- Chyba w twoich snach.
- Tak jak myślałem. Czyli widzimy się we śnie.
- Już nie mogę się doczekać. - W końcu się z nim pożegnałam i poszłam do tych moich rodziców, którzy patrzyli cały czas na mnie i na Aidena, co sprawiło, że zaczynałam się martwić ich reakcją.
W trakcie drogi do domu, rodzice nie pytali się mnie o to, co zaszło między mną i Aidenem. Byłam za to im bardzo wdzięczna, bo teraz nawet nie miałam siły, aby im odpowiadać. Fakt, że się o nic nie pytali, był jak manna z nieba.
Wczołgam się na górę za pomocą resztek sił, które zostały w moim ciele. Do tej pory nigdy nie odczuwałam takiego zmęczenia. Nie miałam nawet siły, aby wziąć kąpiel, więc tylko zdjęłam suknię i ją powiesiłam na wieszaku, a następnie wbiłam się w moje ukochane piżamki i wlazłam pod cieplutką kołderkę, marząc o tym, aby ten dzień się skończył. Sen przyszedł tak szybko, że nawet nie zdążyłam przemyśleć tego, co się dzisiaj stało.
Tak więc po angielskim niestety, ale przyjechał po mnie tata. Cóż mówiąc, że był wnerwiony to chyba nie najlepsze określenie do stanu w jakim się obecnie znajdował... Był wręcz wściekły do granic możliwości:
-Jenn! Co ty od rana do cholery odwalasz?!- Zadał mi pytanie przy całej klasie
-Uczę się w szkole...- Odparłam cicho spuszczając głowę w dół niczym zbity pies; nie chciałam pogarszać swojej sytuacji
-Ale ty masz kurka zwolnienie! Do samochodu i to już!
-Nie.- Szepnęłam i podniosłam odważnie głowę- Czuję się już dobrze, nie muszę odpoczywać.- Rzekłam stanowczo lekko podnosząc głos; ech, i tak już było źle, gdyż oczy wszystkich uczniów przebywających na korytarzu gapiły się na mnie i mojego tatę i bacznie obserwowały rozwój wydarzeń
-Co? Powiedziałem do samochodu i to już!
-Nie! Nie jestem małą dziewczynką! W domu czuję się jak w więzieniu. Nic nie mogę sama zrobić! Czy ty wiesz jak to jest, gdy czujesz się bezradny i gdy wszyscy skaczą koło ciebie, by cię zadowolić? Czuję się jak jakaś niepełnosprawna!
-Dobra! Ustalmy coś, ale na osobności.- Postanowił
-Ok!- Odparłam stanowczo i ruszyłam za nim na dół do drzwi wejściowych; jak się spodziewałam cały tłum, który nam się przysłuchiwał podążył za nami i starał się cokolwiek z naszej ugody usłyszeć:
-Jenn. Ja rozumiem, że w domu masz ograniczoną swobodę, ale to dla twojego zdrowia. Nie robię ci tego na złość ani ja, ani Allie. Na serio. Cóż, wiem, że odziedziczyłaś po mnie upór więc ustalmy pewne zasady...- Zaproponował
-No dobrze.
- A więc: będziesz osobiście podwożona przeze mnie do szkoły oraz odbierana, będziesz mogła poruszać się samodzielnie po całym domu, ale jak najrzadziej i tylko wtedy kiedy to jest konieczne. Zasady dotyczące polowań i ogólnie jakiegokolwiek większego wysiłku fizycznego nie ulegają zmianie.- Oznajmił
-Ok. Pasuje mi.- Posłałam mu radosny uśmiech, na który odpowiedział mi tym samym- I przepraszam, że się na ciebie wydarłam...
-Ja też przepraszam.- Powiedziawszy to przytuliliśmy się do siebie, a tłum który myślał, że jest niewidzialny rozszedł się wiedząc, że dalszego ciągu kłótni nie będzie.
-Kocham cię tato.- Wyszeptałam
-Ja ciebie skarbie też.- Odszepnął i nagle zapytał wypuszczając mnie z objęć- O której kończysz?
-Za dwie godziny.
-Ok. Będę czekał.- Obiecał
-Aaa tato!- Zwołałam- Możesz zabrać mój rower sprzed szkoły?- Zadałam mu pytanie, a on kiwną głową i wyszedł ze szkoły zostawiając mnie prawie całkiem samą na korytarzu, gdyż za mną stał Johan, który zdradził swoją obecność kładąc swoje wielkie łapska na moich ramionach:
-Ej, a ty tu czego?- Zapytałam poirytowana i lekko wystraszona
-Ktoś chyba musi cię pilnować byś się nie przemęczała?- Zadał mi pytanie retoryczne zdejmując mój plecak z pleców i zarzucając go na swoje:
-Eeee, oddawaj!- Krzyknęłam chcąc odebrać mu moją własność
-Nieee.- Pokazał mi język i ruszył w strone sali lekcyjnej
-Johan! Ty diable wcielony, wracaj tu!- Zaczęłam iść za nim szybkim krokiem, aż w końcu go dogoniłam i próbowałam odebrać mu mój plecak
-Jeeeenn!- Usłyszałam pełen strachu głos Katie, której nie widziałam od poniedziałku; spojrzałam w stronę z której dochodził głos dziewczyny i zauważyłam grupkę chłopaków, którzy ciągali ją za włosy oraz opróżniali jej plecak
-Ej! Zostawcie ją!- Zacisnęłam ręce w pięści i zaczęłam zmierzać na miarę moich możliwości w ich kierunku
-O proszę! Zbuntowana kaleka idzie na pomoc Rudej!- Zaśmiał się jeden z chuliganów
-Kaleką to zaraz ty będziesz.- Zagroziłam mu i już chciałam się zamachnąć, gdy załapał mnie za rękę Johan i powstrzymał przed zadaniem ciosu.
-Hah! Patrzcie! Pantoflarz też broni Rudej!- Wybuchnął śmiechem inny chłopak, który nie ustał zbyt długo, gdyż oberwał kopniaka od Johana.
-Któryś ma coś jeszcze do powiedzenia?- Zapytał ostro szatyn taksując wzrokiem znęcających się nad Katie chłopaków
-Myślisz, że taki silny jesteś Jager? Nic bardziej mylnego. Nie wiem, dlaczego bronisz te dwie sieroty. Masz całkiem niezły potencjał do naszej paczki...- Zaproponował mu chłopak, który nazwał mnie ,,zbuntowaną kaleką" i który prawdopodobnie był liderem tej grupy łobuzów
-Wybacz stary, nie jesteście na moim poziome, poza tym mam szacunek do kobiet, co jest w Niemczech bardzo ważne.
-Ale my nie jesteśmy w Niemczech.- Szepnęła wystraszona na maksa Katie
-Pysk rudzielcu!- Wrzasnął na nią ,,Lider", a ja wykorzystałam nieuwagę Johana i zaatakowałam go. Rzuciłam się na niego okładając jego twarz pięściami i krzycząc: ,,Sam masz pysk tispe (suko)!"
-Ej, Jenn!- Zawołał zdezorientowany Niemiec i próbował mnie odciągnąć od krwawiącego już chłopaka; jedyną wadą młodych francuskich chłopców jest brak solidarności. Kiedy jednemu dzieje się krzywda inni stoją i patrzą albo uciekają z przekonaniem, że ich to nie dotyczy (od autorek: drodzy Francuzi, proszę nie brać tego do siebie, gdyż jest to tak napisane na potrzeby książki, tak na serio to jesteście spoko ;) ).
Po stoczonej bójce wylądowaliśmy wszyscy u dyrektora. Na szczęście wszystko zakończyło się tylko upomnieniem i wizytą ,,Lidera" u pielęgniarki.
Po skończonych lekcjach zgodnie z zapowiedzią ujrzałam na parkingu szkolnym terenowy samochód, który należał do mojego taty. Podeszłam do niego i wsiadłam zapinając pas:
-I jak dzisiaj było w szkole?- Zapytał ciepłym głosem mój ojciec
-Świetnie!- Odparłam radośnie nic nie mówiąc o bójce i lekkim bólu pleców, który od tamtej pory zaczął mi towarzyszyć; nagle spojrzałam w kierunku szkoły i zobaczyłam wychodzącego z jej wnętrza Johana, który szedł na przystanek autobusowy ze spuszczoną głową- Tatooo...- Zaczęłam- Może go podwieziemy?
-Kogo?- Był lekko zdezorientowany, lecz zaraz skapnął się o kogo mi chodzi- Jasne!- Powiedziawszy to podjechał w stronę chłopaka i zawołał przez otwartą szybę- Ej, Johan, podwieźć cię?
-Jeśli to nie będzie problem.- Powiedział cicho i niepewnie
-Oczywiście, że nie. Wsiadaj!- I tak oto podwieźliśmy chłopaka, który już po raz drugi stanął w mej obronie oraz zaczął się o mnie troszczyć...
Carrie
Gdy w końcu przyszła pora na to by wyjść ze szkoły i odetchnąć, znowu zostałam złapana. Oczywiście tym razem wiedziałam kto za tym stoi. I się nie pomyliłam. Mym oprawcą był nie kto inny jak Aiden. Mój udawany chłopak. Niestety już dzisiaj miałam zacząć grać swą rolę.
- No hej, kotku. - Milczałam. - Nie przywitasz się ze swoim chłopakiem? - Zrobił jedną z tych swoich min, które wykorzystywał do swoich niecnych celów. - Dobra, jak tam sobie chcesz, ale na tym bankiecie masz zachowywać się tak, jakbyś właśnie się we mnie zakochiwała. Pamiętaj.
- Czyli dopiero zaczynamy te podchody, zamiast od razu być parą? - Zapytałam lekko zniesmaczona całą ta sytuacją.
- No ba, przecież twoja mama nadal sądzi, że się nienawidzimy.
- Jak mogłaby myśleć inaczej, skoro aż ode mnie kipi nienawiścią do ciebie i to raczej się nigdy nie zmieni.
- Pożyjemy, zobaczymy.
- Jak ja nie cierpię kiedy jesteś takim zadufanym w sobie dupkiem.
- Czyli w twoim myśleniu, cały czas. Czyż nie ma racji? - Jeszcze się głupio pytał, jakby nie wiedział.
- Tak, trafiłeś w dziesiątkę, a teraz wybacz, ale moja mama zaraz przyjedzie po mnie. - Odwróciłam się do niego i do drzewa, przy którym staliśmy, plecami.
- Widzimy się później, kotku. - Już chciałam krzyknąć, aby nie nazywał mnie tak, ale właśnie w tej oto chwili samochód mamy stanął prawie przed moim nosem.
Podeszłam bliżej do auta, coś mnie powstrzymało przed wsiąściem do niego. Obejrzałam się za siebie, ale Aidena nie było przy wielkim drzewie, jakby rozpłynął się w powietrzu. Wsiadłam po chwili do samochodu i dałam mamie buziaka w policzek.
- Hej, skarbie. Jak było w szkole?
- Hej, mamciu. W szkole było w porządku, da się przeżyć.
- To dobrze, a teraz się musimy się pospieszyć, bo potrzebujemy zajechać w kilka miejsc.
- A co to za miejsca?
- Zobaczysz. Gwarantuję, że ci się spodobają.
- Skąd ta pewność. - Powiedziałam z uśmiechem, bo wiedziałam, co mi odpowie.
- Bo jesteś taka jak ja.
- I tu się z tobą zgodzę.
Porozmawiałyśmy z mamą o różnych bzdetach. Fajnie było znów pogadać z mamą jak za dawnych czasów. Sądzę, że bardzo mi tego brakowało, a w szczególności jej. Rzadko ze sobą rozmawiałyśmy, prawie nigdy, więc wspólnie spędzony z nią dzień, był czymś co będę wspominać przez najbliższy tydzień.
Poszalałyśmy na zakupach, byłyśmy u kosmetyczki i fryzjerki, więc we dwie wyglądałyśmy jak nówki sztuki, nieśmigane. Gdy przyszedł czas, aby wrócić do domu, założyć wieczorową suknię i szpilki, aby udać się na kolację, byłyśmy z lekka wyczerpane. Latanie po sklepach miało swoją cenę. Bolące nogi, które po kąpieli były jak nowe, z resztą jak całe moje ciało, i głowa, która dzięki gorącej herbacie przestawała boleć. Tak więc, gdy wróciłam do domu, musiałam się trochę sprężyć, by z wszystkim się wyrobić. Oczywiście fryzurę i makijaż miałam gotowe, więc ich kwestia nie podlegała dyskusji, nie było co poprawiać. Jedyny problemem były buty, których nie mogłam dopasować do sukienki. Jednakże od czego jest mama, ona zawsze poratuje z każdej sytuacji, nawet najgorszej.
Kochana mamusia miała szafę pełną skarbów, czyli butów, a dokładniej szpilek. Nie wiem jakim cudem uzbierała tak wspaniała kolekcję obuwia, ale wolałam jednak nie wiedzieć. Plusem tej wielkiej kopy szpilek było to, że zawsze się do czegoś przydawały. Na szczęście wśród nich, były idealne buty do mojej granatowej kreacji, którą wkładałam dziś wieczór.
Tata w garniaku stał w kuchni i czekał na królowe swego życia, czyli moja mamę i mnie. Wpierw zeszła mama, bo ta musiała zawiązać tacie porządnie krawat, bo jego zdolności w tym zakresie były minimalne. Nie chodził zbyt często na uroczyste imprezy, więc rzadko nosił garnitur i krawat. Ja nie miałam problemu z krawatem, bo nigdy nie musiałam go nosić, na szczęście z resztą, bo akurat bycie małą niezdara odziedziczyłam po nim, więc gdybym była chłopakiem, miałabym ten sam problem co mój tatuś.
Ostatecznie zeszłam po schodach na dól powoli. Wolałam dotrzeć na ten bankiet w jednym kawałku, z całą suknią i bez złamanego obcasa, co było nie lada wyzwaniem, bo gdy się stresowałam, wszystko szło nie po mojej myśli. Zawsze musiał się coś stać, abym potem miała dość swego życia. Miałam ogromną nadzieję, że tym razem dotrę na miejsce i przeżyję ten wieczór bez większych przeszkód, co graniczyło praktycznie z cudem. Chciałam, aby ten cud dzisiejszego wieczoru się stał. Wręcz błagałam o niego niebiosa.
Dotarłam na bankiet w jednym kawałku bez żadnych szkód. Pięciogwiazdkowy hotel, w którym odbywało się dzisiejsze wydarzenie, był niesamowity i uderzająco piękny. Mogłam tak stać i podziwiać wnętrze, ale fakt, że przybyłam w to miejsce z innego powodu, powstrzymywał mnie przed uczynieniem tej rzeczy.
Sala bankietowa była wypełniona ludźmi, którzy wystroili się w najlepsze ciuchy. Z resztą nie dziwie się im, sama zrobiłam dokładnie to samo kupując te granatowe cudeńko, zwane potocznie suknią wieczorową. Moja mama włożyła tradycyjnie czarną suknię, ten kolor był jej ulubionym, więc nie mogłam się dziwić, że wciąż nosi ciemne lub po prostu czarne ubrania. A wracając do tematu, goście zasiadali przy stolikach, na których stały kartki z napisanymi najważniejszymi danymi osobowymi, czyli imieniem i nazwiskiem, a czasami ze stanowiskiem jakie piastują. Mój stolik był częściowo zapełniony, bo nasze miejsca znajdowały się tam, gdzie Aidena i jego ojca, Juliana Heavensa.
Panowie się serdecznie powitali, tak jak ja i moi rodzice. Obaj wyglądali bardzo dostojnie w tych garniturach. Pierwszy raz w życiu mogłam powiedzieć, że z Aidena było niezłe ciacho. Żeby było jasne, nie powiedziałam oczywiście tego na głos. Jeszcze tego by mi brakowało, aby jeszcze jego ego się powiększyło i stało się nie do zniesienia. Ku memu zaskoczeniu Aiden nawet pomógł mi usiąść. Pierwszy raz w życiu widziałam te oblicze chłopaka, oblicze dżentelmena, którego nigdy nie poznałam, aż do teraz. Jego wygląd i zachowanie było nienaganne, co mnie pozytywnie zaskoczyło. W czasie rozmowy z moimi rodzicami, wyrażał się dość poprawnie, co nie zbyt często się zdarzało w codziennym życiu. Gdyby taki był na codzień, to może istniałaby szansa, że mogłabym się w nim zakochać, ale i tak tego nie chciałam.On na zawsze pozostanie tym, który sprawia, że moje życie staje się koszmarem.
Zjedliśmy kolację, która swoją drogą była wyśmienita, ale co ważniejsze to fakt, że miałam dopiero pół wieczoru za sobą. Moi rodzice byli tak pochłonięci rozmową z ojcem Aidena, że zapomnieli chyb o moim istnieniu. W ogóle nie wiedziałam po co moja mamcia mnie tu ściągnęła. Zdaje się, że tylko po to, abym przyglądała się im oraz sufitowi, a w między czasie zerkała na Aidena, którego oczy lądowały często na moim dekolcie, co było nad wyraz denerwujące. Oczywiście, gdy zaczynałam patrzeć w jego stronę, udawał, że patrzy coś w telefonie. Gdy tylko odwróciłam wzrok, czułam jego spojrzenie na moim ciele, aż ciarki mnie przechodziły. W końcu Aiden ruszył swoja szanowną dupę z miejsca i podszedł do krzesła, które zajmowałam i zaprosił mnie do tańca. A ja, że byłam bardzo dobrze wychowana, jakżebym mogła wyrazić odmowę, gdy dżentelmen prosił. A tak na prawdę to moje zachowanie na dzisiejszym bankiecie podlegało mojej i jego umowie, więc nie miałam wyboru i musiałam się zgodzić. Toż miałam odgrywać, że się w nim powoli zakochuję.
W chwili, gdy postać Aidena znalazła się przy mojej, nasi rodzice spojrzeli w nasza stronę z niedowierzeniem. Moja mama wpadła w osłupienie, gdy zobaczyła, że tańczę z synem najbogatszego człowieka we Francji. Pewnie też bym wpadła, gdybym usłyszała o tym dwa dni temu, ale teraz jakoś mnie to nie rusza.
- Pięknie wyglądasz. - Skomplementował mnie chłopak.
- Ty też nie najgorzej. - Odwdzięczyłam się najlepiej jak umiałam, ale i tak to kiepsko zabrzmiało w moich ustach.
- Mogłabyś nie robić tej smutnej miny szczeniaczka, bo wyglądasz tak, jakbym był seryjnym mordercą i chciał cię zabić.
- A tak nie jest?
- Nie. Na razie mam w planach tylko taniec z tobą.
- Zero zabijania? Nawet wzrokiem?
- Zero. - Zaczęłam się śmiać, po czym i Aiden dołączył do mnie.
- To dobrze. Chcę jeszcze trochę pożyć.
- Wiesz, też mi nie śpieszno do grobu, ale zastanawiam się czy ty przypadkiem nie planujesz małego zabójstwa w środku bankietu.
- Nie, a co?
- A nic. Sprawdzam, czy przypadkiem nie chcesz dokonać tego morderstwa za pomocą szpilek.
- Buty mają być w jednym kawałku i nie pobrudzone, więc wykluczam tą zbrodnię.
- Uff. Chyba dzisiaj mam szczęście.
- Widocznie tak. Ale nie przyzwyczajaj się za bardzo do tego.
- A to dlaczego? Czyżbyś miała jakieś niecne zamiary?
- Ja nie, ale ty na pewno tak, więc moja zbrodnia w zamian za twoją.
- Oo. To w najbliższym czasie postaram się ci nie dokuczać, bo życie jest mi jeszcze miłe.
- I masz racje, lepiej nie denerwuj mola książkowego i zdjęciomaniaczki w jednym.
- Zdjęciomaniaczki?
- Tak, no wiesz, osoby, która robi od groma zdjęć. Jak zrobię kilka zdjęć będę miła bardzo ładne dowody na twoją niekorzyść.
- Acha, no to spoko. Więc jak mówiłem, postaram się ci nie podpaść.
- To dobrze.
Tańczyliśmy, rozmawialiśmy i śmialiśmy się jak nigdy przedtem. Patrzyliśmy sobie w oczy bez nienawiści i pogardy, co nie zdarzało się do tej pory. Dopiero teraz zauważyłam jak jego błękitne oczy są piękne i uwodzicielskie. Były jak ocean bezkresny i głęboki oraz jak rzeka o silnym prądzie, porywające, aż ciężko się było oderwać, ale wciąż pozostawały oczami Aidena. Do tego czasu nie przyznałam tego i na głos tego też nie zrobię, ale w głębi duszy mogę rzec, że wiem, co pociąga dziewczyny w nim, bo właśnie to odkryłam, przynajmniej tak sądzę.
Utwór wykonywany przez orkiestrę się skończył, ale nie chciałam jeszcze schodzić z parkietu i Aiden raczej też, bo poprosił mnie o drugi taniec. Przystałam na jego propozycję. Był świetnym tancerzem i mogłam gwarantować, że dzisiejszego wieczoru nie potrafiłabym znaleźć lepszego partnera do tańca, poza tatą, który zajmował się swoją królową w tej chwili. Jak mogłam mieć mu to za złe, skoro mama wyglądała na przeszczęśliwą, co i mnie zadowalało, więc pozostawało mi tylko, zostawić ich samym sobie. Ja natomiast miałam zamiar zająć się Aidenem.
Sunęliśmy po parkiecie tak, jakbyśmy mieli ten taniec już od dawna przećwiczony do doskonałości. Taki ten taniec właśnie był: doskonały, cudowny i niesamowity. Mogłam tak z nim tańczyć w nieskończoność, ale niestety wszystko się kończy, tak samo jak ten wieczór wraz z tańcem, który nigdy się nie powtórzy, bo nic nie zdarza się dwa razy tak samo. Mówi się trudno, ale chciałabym jeszcze kiedyś powtórzyć tę piękną chwilę, w której moje myśli na temat Aidena nie dotyczyły uduszenia go lub rzeczy jeszcze gorszych, których lepiej sobie nie wyobrażać. Naprawdę.
W chwili, gdy musieliśmy skończyć te wygibasy na parkiecie, Aiden delikatnie ucałował mą dłoń, co wywołało lekki rumieniec na mej twarzy oraz uśmiech od ucha do ucha. Poczułam się szczęśliwa. Ten czyn sprawił, że raz w życiu byłam pod jego ogromnym wrażeniem. Po tym jak to zrobił miałam do niego mniej nienawiści niż przedtem, ale reszta wciąż pozostawała na miejscu.
Niedługo po tym jak skończyłam wirować na środku sali, tata ogłosił mi, że zaraz będziemy wracać, więc miałam się pożegnać ze swoim przyjacielem, jak to ujął, i przyjść z powrotem do nich. Jak chciał, tak zrobiłam.
Gdy podeszłam do pana Genialnego Tancerza ten powiedział:
- Dobrze się spisałaś, a w szczególności w momencie, gdy się zarumieniłaś. Lepszej aktorki nie mógłbym wybrać na twoje miejsce.
- Dzięki.
- Ale nie przyzwyczajaj się za bardzo do tych komplementów i mego łagodnego zachowania. Za często nie będziesz miała z nim styczności. - Puścił do mnie oczko i się uśmiechnął, ukazując przy tym białe zęby.
- A już miałam nadzieję. No trudno, jakoś przeżyję bez miłego Aidena, ten zły też się nada, gdy nie jest zbyt denerwujący. - I ja lekko się uśmiechnęłam.
- Mogę to samo powiedzieć o tobie.
- Dobra, muszę lecieć. - Pożegnałam się i zaczęłam iść w stronę rodziców, a ten chwycił mnie za dłoń i obrócił wokół własnej osi, po czym ucałował mnie w policzek i szepnął do ucha:
- Gdzie się wybierasz, Kopciuszku, północ jeszcze nie wybiła?
- Wracam do domu.
- Ale tak bez porządnego pożegnania?
- Czego ode mnie oczekujesz?
- Prawdę mówiąc to niczego, ale przydałby się mały buziak na pożegnanie.
- Chyba w twoich snach.
- Tak jak myślałem. Czyli widzimy się we śnie.
- Już nie mogę się doczekać. - W końcu się z nim pożegnałam i poszłam do tych moich rodziców, którzy patrzyli cały czas na mnie i na Aidena, co sprawiło, że zaczynałam się martwić ich reakcją.
W trakcie drogi do domu, rodzice nie pytali się mnie o to, co zaszło między mną i Aidenem. Byłam za to im bardzo wdzięczna, bo teraz nawet nie miałam siły, aby im odpowiadać. Fakt, że się o nic nie pytali, był jak manna z nieba.
Wczołgam się na górę za pomocą resztek sił, które zostały w moim ciele. Do tej pory nigdy nie odczuwałam takiego zmęczenia. Nie miałam nawet siły, aby wziąć kąpiel, więc tylko zdjęłam suknię i ją powiesiłam na wieszaku, a następnie wbiłam się w moje ukochane piżamki i wlazłam pod cieplutką kołderkę, marząc o tym, aby ten dzień się skończył. Sen przyszedł tak szybko, że nawet nie zdążyłam przemyśleć tego, co się dzisiaj stało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz