poniedziałek, 27 czerwca 2016

Rozdział 7 (Sobota)

Jenny
Nareszcie sobota. Myślałam, że wyśpię się do dwunastej, lecz około siódmej rano dostałam SMS-a. Jak się okazało jego nadawcą był Johan, którego miałam zamiar w najbliższym czasie ukatrupić. Treść wiadomości była następująca:
,,Hej, Jenn, masz ochotę może wyskoczyć na miasto??? Ewentualnie do lasu lub parku???"
,,Zabiję cię idioto!!! To po pierwsze, a po drugie jest sobota i chciałabym odpocząć od widoku twojej zacnej twarzy, więc moja odpowiedź brzmi: NIE! Pisz tylko w pilnych sprawach!!!"- Odpisałam mu z prędkością światła i padłam znowu na poduszki usiłując zasnąć, lecz nagle znów dostałam od tego przygłupa wiadomość:
,,Czyli mam rozumieć, że nie chcesz połazić po targach łowieckich???"- Uderzył w sedno; oprócz polowań uwielbiałam chodzić na zakupy a w szczególności na targi łowieckie (sprzedaje się tam różne skóry, futra, wypchane zwierzęta, breloczki i takie tam bzdety, które uwielbiam)
,,Przed moim domem za trzydzieści minut"- Odpisałam i szybko pobiegłam doprowadzić się do porządku. Uczesałam włosy w koński ogon, lecz z grzywką na twarzy, pomalowałam się i założyłam swój strój codzienny czyli beżowy wełniany sweter, jasne jeansy, buty wojskowe, kolczyki-krzyże oraz naszyjnik z metalicznymi pozłacanymi piórami. Po doprowadzenia się do znośnego stanu pościeliłam swe łóżko, troszeczkę posprzątałam w pokoju, aby tata nie miał się do czego przyczepić i zeszłam na dół do kuchni na szybkie śniadanko w postaci gorącej czekolady i francuskich rogalików. Mój tata siedział w salonie i oglądał ,,Kaczą Dynastię". Gdy tylko usłyszał dźwięk mikrofali zawołał:
-Co tak wcześnie?
-Kolega zaprosił mnie na...- Nie dokończyłam, bo mój ojciec siedział odwrócony od telewizora i wpatrywał się we mnie ustalając jaką bronią zabić owego osobnika, który mnie gdzieś zaprosił.
-Gdzie cię zabiera, o której wrócisz, jak ma na imię, jest godzien zaufania i czy chociaż jest przystojny?- Zadał mi te wszystkie pytania na raz
-Tato... To nie jest randka. Po prostu wychodzę z Johanem na targi łowieckie...- I znów nie dokończyłam, bo mi przerwał
-Mogę iść z wami, dawno nie byłem.- Zaoferował i w tym samym czasie rozległ się nasz dzwonek do drzwi. Tata szybko poderwał się z kanapy i wpuścił chłopaka do środka.
Usłyszałam jak tata prowadzi chłopaka do salonu i każe mu usiąść na kanapie. Prawdopodobnie mieli odbyć męską pogadankę typu ,, Jak coś się jej stanie już nie żyjesz" lub ,,Jeśli ją skrzywdzisz to ja skrzywdzę ciebie". No, w każdym razie po męskiej rozmowie z idealnym wyczuciem czasu wstąpił do nas ojciec Johana z prośbą o pomoc do mojego taty. Nasz sąsiad miał problem ze swoim starym Jeep'em, a jako iż mój tata był mechanikiem najszybciej było mu się zwrócić właśnie do niego. Z domu wyszliśmy razem i już zmierzaliśmy na przystanek, gdy mój tata rzucił memu koledze kluczyki od naszego czarnego jak węgiel Suzuki Grand Vitara z rocznika 2006:
-Ani jednej rysy.- Zabrzmiał groźnie, po czym dodał ,,Dobrej zabawy" co w odniesieniu do Johana miało oznaczać ,,Opiekuj się nią dobrze, albo będzie z tobą źle". Po zapakowaniu się do samochodu chłopak odpalił silnik i powoli wycofał maszynę z podjazdu, po czym pomknęliśmy na targi łowieckie, które jak co miesiąc odbywały się pod Wierzą Eiffla.
Cóż, z miejscem parkingowym mieliśmy niemały problem, ale jakoś sobie poradziliśmy. Jak się okazało Johan był całkiem zdolnym kierowcą, więc mój tata mógł być spokojny o samochód.
Przechadzaliśmy się, a właściwie przedzieraliśmy się przez tłumy łowców oraz turystów i oglądaliśmy różne stragany. Najbardziej zaciekawił mnie ten z biżuterią, do którego przyczepiłam się jak Carrie do swojego łóżka wieczorem. Cały czas stałam i przeglądałam przeróżne kolczyki, wisiorki i tym podobne bzdety. Oczywiście nie obyłoby się bez ponagleń Johana, który twierdził, że jeszcze tu wrócimy oraz że chce obejrzeć jeszcze inne stragany, zanim znikną. Dla świętego spokoju dałam za wygraną i znów przedzieraliśmy sie od straganu do straganu. W końcu nadarzył się jeden z breloczkami z lisich, wiewiórczych, łasiczych i Bóg wie jeszcze jakich kit. Były nawet tanie, więc kupiłam jedną małą czarną kitę i wolałam nie zagłębiać się do jakiego zwierza należała. Później po zakończonych oględzinach i po obejrzeniu wszystkich straganów zgodnie z obietnicą Johan pomógł mi się przepchnąć do straganu z biżuterią. Musze przyznać, że tutaj miałam niemały dylemat. Ceny były nawet znośne, lecz produkty olśniewające i od pierwszego wejrzenia zakochałam się w nich.
Stałabym przy tym straganie prawdopodobnie cały dzień, gdyby ktoś nagle nie wpadł na mnie i mnie nie wywrócił. Już myślałam, że odnowi mi się ból pleców, lecz na szczęście Johan stał po mojej lewicy i mnie złapał chroniąc przed upadkiem:
-Uważaj szczylu jak łazisz.- Warknął Johan do osobnika, który powoli podnosił się z ziemi
-J-ja bardzo przepraszam.- Rzekł chłopak z amerykańskim akcentem i otrzepał swe ubranie
-Spoko, nie przejmuj się. Wszystko jest OK.- Odparłam radośnie chcąc dodać otuchy chłopakowi; wiedziałam jaki jest Johan, gdy poznaje nowe osoby, więc chciałam, by nowo poznany chłopak aż tak sie nie spinał- Jak masz na imię?
-Taylor.- Odparł i podał mi z lekkim uśmiechem swoją dłoń, którą chyba zbyt mocno uścisnęłam, bo dosłyszałam lekki jęk w jego głosie
-Wybacz. Przyzwyczajenie...- Powiedziałam przepraszającym głosem, po czym dodałam- ...i cecha charakteru.
-Nic nie szkodzi.- Odrzekł ten nieśmiało
-Jestem Jenny, ale możesz mówić mi Jenn.
-Miło cię poznać, Jenn.
-A to jest Johan.- Wskazałam na z mojego sąsiada, który stał za mną i przewyższał mnie o półtora głowy
-C-ciebie też miło poznać.- Posłał mu niepewny uśmiech, który spotkał się z kamiennym wyrazem twarzy Johana i od razu przygasł
-Może wyjdziemy z tego tłumu?- Zaproponowałam i jakoś przecisnęliśmy się do samochodu mojego taty- Więc co tutaj robisz Taylor?- Zapytałam
-Ja? Robię zdjęcia do gazetki...-Nie dokończył, bo mu przerwałam
-Zdjęcia? Ojej, twój aparat w jednym kawałku? Nie został uszkodzony?- Dopytywałam się
-Nieee, wszystko z nim w porządku.- Odrzekł łagodnie
-Uff, całe szczęście. A do jakiej szkoły chodzisz?- Znów zadałam pytanie
-Do Lycée Condorcet, drugi rok.- Miał lekki kłopot z wymową nazwy liceum, do którego wszyscy troje uczęszczaliśmy
-My też!- Rzekłam radośnie- Razem z Johanem jesteśmy na pierwszym roku.
-Serio? Ach, no tak. Ty musisz być TĄ Jenny Hunter, która broni słabszych uczniów i jest podobno mega miła. Muszę stwierdzić, że to prawda.- Uśmiechnął się lekko rumieniąc, na co Johan położył swe ogromne (i ciepłe) łapska na moich ramionach
-Miło to słyszeć.- Wyszczerzyłam swe białe zęby, a on zarumienił się jeszcze bardziej
-Johana też znam. Mówi się o nim ,,Syn Myśliwego" i że jest bardzo silny...-Powiedział lekko drżącym głosem w obawie przed potężnym głosem mego sąsiada
-Noo to też prawda.- Przyznałam- Szkoda, że nie mówią jeszcze o tym, że jest mega irytujący i uparty.- Zaśmiałam się, a Johan w dalszym ciągu piorunował wzrokiem Taylora
-A wy jesteście...?- Zapytał niepewnie brunet, a ja w mig zrozumiałam o co mu chodzi
-Nieeee!- Zawyłam lekko (bardzo) oburzona i troszeczkę urażona- My nie jesteśmy parą, po prostu Johan pilnuje, by nic mi się nie stało. Wiesz, taki osobisty ochroniarz.- Puściłam oczko brunetowi, a ten nagle zaproponował:
-Może przejdziemy się do parku?
-Po co iść tyle drogi skoro mamy samochód.- Oznajmiłam, po czym postukałam w dłoń Johana wskazując wzrokiem na samochód. Chłopak zrozumiał. Zdjął jedną rękę z mojego ramienia i sięgnął nią do czeluści swej kieszeni wyjmując z niej po chwili kluczyk. Otworzył nasze auto i zapakowaliśmy się do niego wszyscy troje, po czym pomknęliśmy do Parc des Buttes Chaumont.
Trzydzieści minut później siedzieliśmy na ławce nieopodal całkiem sporego stawu i rozmawialiśmy:
-Jakoś nie widziałam cię jeszcze w naszej szkole.- Odparłam
-Serio? Cóż, zazwyczaj wtapiam się w tłum i wglądam dosyć pospolicie, więc nic dziwnego, że wcześniej mnie nie dostrzegałaś.- Wyjaśnił
-Bardzo możliwe.- Przyznałam mu rację- A czym się interesujesz?
-Głównie fotografią...- Rzekł i nagle coś sobie przypomniał- Czekajcie, mogę wam zrobić zdjęcie?
-Po co?- Nagle odezwał się ponuro Johan, aż przeszły mi ciarki po plecach
-Nooo jesteście dosyć podobnie ubrani, więc wyszłoby całkiem niezłe zdjęcie, mogę?- Dopytywał się
-W sumie dawno nikt mi zdjęć nie robił.- Uśmiechnęłam się i wstałam z ławki gotowa do pozowania
-No to super. Podejdźcie do tego drzewa. Jedno z jednej strony, a drugie z drugiej. O tak! Świetnie. Oboje ustawcie się bokiem do pnia, ale w przeciwnych kierunkach. IDEALNIE!- Kierował nami Taylor, który wyraźnie był w swoim żywiole- Tylko się nie ruszajcie!- Polecił i chwycił swój aparat
-No co ty nie powiesz.- Mruknął poirytowany Johan i dalej pozował.
Po tej interesującej sesji brunet pokazał nam wyniki swojej pracy:
-Wow. Jest piękne.- Rzekłam zachwycona
-Nawet znośne.- Przyznał Johan, a Taylor pękał z dumy
-Jesteś świetnym fotografem.- Przyznałam
-A wy idealnymi modelami. Może chcielibyście ze mną współpracować?- Zaproponował,a jego oczy błyszczały 
-W sumie czemu nie. Ja się zgadzam.- Odpowiedziałam za siebie, a po chwili Johan kiwnął głową również się zgadzając
-Jeeej, jak się cieszę. Jesteście moimi pierwszymi modelami!- Zakrzyknął uradowany
-Na serio?- Zapytałam z niedowierzaniem
-No niestety. Latem dorabiam sobie pod Wierzą Eiffla. Sporo turystów prosi mnie o zdjęcie, więc interes jakoś sie kręci.
-No to dobrze.- Skomentowałam; chłopak się najwyraźniej przyzwyczaił do naszego towarzystwa, gdyż był już bardziej pewny siebie
-A ty Johan? Jakoś ci idzie sprzedawanie skór i tym podobnych?- Zainteresował się mym sąsiadem
-Nawet, nawet, ale my głównie zatrzymujemy je dla siebie.- Odparł, nadal wrogo nastawiony do bruneta
-Nooo ciekawie, ciekawie.- Skomentował Taylor nie zwracając uwagi na jego oschły ton
-Hmm, chyba powinniśmy już wracać.- Zwróciłam sie do Johana, a on jakby się rozpromienił
-Tak szybko? Szkoda. Może spotkamy się jutro..?- Nie dokończył, bo przerwał mu mój sąsiad
-Jutro Jenn idzie na polowanie, więc wątpię by się z tobą spotkała.- Rzekł ponuro, chwycił mnie w pasie i pociągnął w stronę samochodu rzucając przez plecy szybkie ,,Nara".
-Co to było?- Zapytałam go, gdy wreszcie wsiedliśmy do samochodu
-Prawda.- Rzekł odpalając silnik czarnej Grand Vitary- Jutro idziesz ze mną na polowanie.
-Co?- Zapytałam z niedowierzaniem- Przecież ja nie mogę polować! Mam zakaz wchodzenia do lasu.
-A kto powiedział, że idziemy do lasu?- Rzekł Johan z chytrym uśmiechem
-No to na co będziemy polować i niby gdzie?- Zadałam pytanie
-Myślałem, że lubisz biżuterię, więc miałem pomysł, by zabrać cię do galerii, ale skoro nie chcesz...
-Jasne, że chcę!- Zaprotestowałam szybko, ale nagle uświadomiłam sobie, że on oczekiwał, że tak zrobię
-No to świetnie. Chyba, że chcesz teraz jechać. Dla mnie bez znaczenia.- Odparł
-Dzisiaj raczej nie. I tak dużo dzisiaj chodziłam. Może wpadnijmy do kawiarni.- Wpadłam na całkiem ciekawy pomysł, a on kiwnął głową i skierował samochód w stronę kawiarni Les Deux Magots.
Gdy wreszcie dotarliśmy do kawiarni było kilka minut po dziesiątej. Ku mojemu zdziwieniu Johan zapłacił za moją gorącą czekoladę (którą osobiście uwielbiałam pić w tym lokalu) oraz za swoją zwykłą czarną kawę. Siedzieliśmy i o dziwo normalnie rozmawialiśmy, bez żadnych kłótni i docinek. Chociaż czasami miałam ochotę rzucić mu jakąś ripostę, lecz uznałam, że przy ludziach nie wypada.
Głównym tematem naszej pogawędki były polowania, szkoła, a nawet moje zdrowie. W końcu postanowiłam poruszyć temat dzisiejszego spotkania z Taylorem:
-Czemu byłeś do niego tak wrogo nastawiony?
-Wrogo?- Odpowiedział pytaniem na pytanie
-Tak. Byłeś dla niego dosyć oziębły...
-Mało cię nie wywrócił.- Odrzekł chłopak broniąc się
-No i co z tego? Każdemu może się wydarzyć mały wypadek.- Broniłam bruneta
-Ale ten twój ,,mały wypadek" mógł zakończyć się wizytą u lekarza i jeszcze dłuższym zwolnieniem.- Warknął Johan
-Od kiedy ty się interesujesz moim zdrowiem?- Zapytałam rozwścieczona
-Jakoś tak odkąd znalazłem cię ledwie przytomną na chodniku przed szkołą.- Odparł agresywnie
-No pewnie, zacznij mi teraz wypominać chwile, kiedy mi pomagałeś.
-Jesteś tego pewna? Będzie tego sporo.- Ostrzegł mnie podniesionym głosem- Najpierw przed szkołą, później w szkole, a ostatnio dzisiaj...Więc chyba jakieś ,,dziękuję" się należy?
-Ale ja cię o to nie prosiłam, więc nie oczekuj niczego w zamian!- Uderzyłam  dłońmi w stół (przez co wszystkie oczy w kawiarni zwrócone były w naszą stronę) i opuściłam lokal obrażona. Szłam ulicą i nawet nie wiedziałam gdzie iść. Z każdym kolejnym krokiem złość uchodziła ze mnie, a na jej miejsce wchodził smutek i przygnębienie. W końcu zauważyłam drewnianą ławkę, więc postanowiłam na niej usiąść. Powoli po mym policzku zaczynały spływać łzy. Zaczęłam żałować, że się tak na niego niepotrzebnie wydarłam. Przecież on starał się być dla mnie miły, nawet mi pomagał, a ja zachowywałam się jak ostatnia debilka i nawet nie powiedziałam mu tego durnego ,,dziękuję". Było mi strasznie głupio. Nagle poczułam czyjeś znajome ręce na mych ramionach i czyjąś twarz przy moim prawym uchu:
-Przepraszam.- Wyszeptał Johan, a ja nie dość, że się zarumieniłam na prawie bordowy kolor to jeszcze zaczęłam płakać jak dziecko, aż chłopak się zdziwił i usiadł obok mnie nic nie rozumiejąc- Hej, Jenn...- Zaczął troskliwym głosem, ale mu przerwałam
-Jest OK. Tylko...- Pociągnęłam nosem-... To było miłe kiedy mnie przeprosiłeś, po mimo iż byłam taką wredną...- Nie dokończyłam, bo chłopak zasłonił mi ręką usta i szepnął mi na ucho:
-To ja byłem wredny, nie powinienem był żądać od ciebie czegokolwiek w zamian. No już, wytrzyj się, zanim spłoszysz wszystkie ptaki.- Podał mi chusteczkę i uśmiechnął się ciepło
-Dzięki Johan.- Posłałam mu słodki uśmiech i przytuliłam się do niego przyjacielsko. Na początku musiał być zdziwiony, bo dopiero po pięciu sekundach poczułam jego ręce na moich plecach, co było oznaką, że odwzajemnia mój uścisk.
Po tych ,,szczerych chwilach" wróciliśmy do mnie do domu. Jak się okazało nikogo nie było w środku, więc poszliśmy do Johana. Zgodnie z moją damską intuicją mój tata przebywał u sąsiadów i razem z panem Bruno siedzieli w garażu. Allie zrobiła nam kanapki i chłopak zaprosił mnie do swojego pokoju. Po drodze spotkaliśmy Gretę, jego młodszą siostrę, która tylko popatrzyła na mnie niepewnie, lecz szybko się uśmiechnęła i znów ruszyła w swoją stronę. Gdy wreszcie doszliśmy na górę okazało się, że jego pokój jest zaskakująco podobny do mojego. Na podłodze skóry zwierząt, na ścianie różnego rodzaju poroża, drewniane meble oraz kilka porozrzucanych ubrań:
-Wybacz za ten bałagan...- Był trochę zakłopotany
-Nie no spoko, u mnie jest podobnie, więc jestem już przyzwyczajona.- Uspokoiłam go.
-To może usiądź gdzieś, a ja to szybko ogarnę.- Zaproponował, lecz ja postanowiłam bardziej szczegółowo obejrzeć jego pokój. Ogółem jego pokój prezentował się bardziej schludniej niż mój, pomimo iż byłam dziewczyną.  Na półkach miał różne zdjęcia przedstawiające jego rodzinę, kilka zabytków niemieckich oraz jego samego. Praktycznie na każdym zdjęciu się nie uśmiechał. Spojrzałam na niego i pomyślałam, że teraz jest zupełnie inny. W sumie ja też się sporo zmieniłam pod względem charakteru, więc to go usprawiedliwia.
Gdy wreszcie skończył oznajmił, że musi na chwilę zejść na dół i żebym poczekała. Kiwnęłam głową zgadzając się, a on szybko wyszedł ze swego lokum. W między czasie, gdy na niego czekałam do pokoju zajrzał Joachim, który radośnie się ze mną przywitał i zaczął rozmawiać:
-Johan musi cię lubić, skoro wpuścił cię do swojego pokoju.- Oznajmił uśmiechając się
-Na serio?- Zdziwiłam się
-Ja (Tak). Tylko tata, ja, ty i Jeremy tu byliśmy...
-Wow. Nawet waszej mamy tu nie wpuszcza?
-Nein (Nie).- Potwierdził krótko i szybko się pożegnał, gdyż Johan już wracał.
-I co, nie zdemolowałaś mi pokoju? Karniaki wstawione na facebook'a?- Dopytywał się
-A jak myślisz?- Odpowiedziałam pytaniem i zaczęliśmy się śmiać; wolałam mu nie mówić o rozmowie z jego młodszym bratem- A tak w ogóle to po co mnie tu sprowadziłeś?
-Wiesz... Chciałbym wiedzieć, czy ...- Zaczął się pocić i popadać w zakłopotanie, a ja poczułam cię okropnie ciekawa
-Noooom.- Ponaglałam
-...Czy...- Wciąż nie mógł powiedzieć niczego sensownego- ...Czy mogłabyś mi pożyczyć jakieś mangi?- W końcu udało mu się coś z siebie wydusić
-I tylko tyle?- Byłam rozczarowana
-Noo tak.
-Jesteś beznadziejny.- Popatrzyłam na niego i wstałam z jego łóżka, na którym oboje siedzieliśmy.
Nagle złapał mnie z rękę i pociągnął do siebie, tak że padłam na jego kolana, a on objął mnie swoimi silnymi ramionami.
-Nie idź jeszcze.- Szepnął mi błagalnie do ucha, a ja byłam lekko spanikowana, przełknęłam głośno ślinę i powiedziałam:
-Nie wiem co zamierzasz zrobić, ale pożałujesz tego.- Ostrzegłam, a on wtulił swą twarz w moje włosy, co spowodowało, że poczułam ciarki na plecach; czułam się strasznie niekomfortowo i zakłopotana- Johan, przestań- Zaprotestowałam i usiłowałam się wydostać z jego uścisku, lecz on jeszcze mocniej mnie objął i powalił na łóżko. To było straszne, gdy ja leżałam, a on pochylał się nade mną. Cała drżałam ze strachu, chociaż to nie w moim stylu. Nagle chłopak to dostrzegł:
-Ej, co jest z tobą?- Zmarszczył brwi i spojrzał mi w oczy, w których mógł dostrzec paniczny strach- Jenn, czy ty...  ty się mnie boisz?- Zapytał zmartwiony i zatroskany, a gdy nie dostał żadnej odpowiedzi zszedł znade mnie, usiadł na podłodze po drugiej stronie pokoju i zakrył swoją twarz dłońmi. Zrobiło mi się go strasznie szkoda. Nie chciałam go urazić, ale nie moja wina, że to mi się nie podobało. Postanowiłam przełamać tak zwane ,,pierwsze lody", po czym podeszłam do niego, uklękłam i go przytuliłam. Nie będę ukrywać, że był mega zdziwiony, lecz chętnie przyjął to, że obdarowałam go uściskiem:
-Przepraszam...Znowu.- Rzekł- Nie nadaję się do niczego. Jestem okropnym facetem.- Skrytykował się
-Wcale nie.- Zaprotestowałam i ujęłam jego twarz w swoje dłonie- Jesteś całkiem miły i fajny.- Uśmiechnęłam się do niego i popieściłam jego policzek kciukiem, na co również się uśmiechnął
-Jenn, ja na serio przepraszam. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Nie chciałem cię przestraszyć ani urazić...
-Nie uraziłeś mnie. Noo może troche przeraziłeś, ale mniejsza o to.- Powiedziałam, po czym pocałowałam go lekko w usta, które były miękkie i ciepłe; dalej trzymałam jego twarz, natomiast on delikatnie, jakby bojąc się, że zaprzestanę wykonywanej przeze mnie czynność, objął swymi rękami tył mojej głowy. Gdy w końcu się odsunęłam czułam się... o dziwo dobrze, chociaż w dalszym ciągu doskwierało mi zakłopotanie. Spuściłam wzrok gdzieś w bok, a on delikatnie ujął swoim kciukiem i palcem wskazującym mój podbródek i tym razem on mnie pocałował. Mogłabym z nim tak cały dzień, ale w końcu rozległ się głos mojego taty, że pora wracać do domu. Szybko się rozłączyliśmy, popatrzyliśmy na siebie jakby dopiero teraz uświadamiając co robiliśmy, po czym wstaliśmy i zeszliśmy na dół. Byliśmy lekko onieśmieleni, lecz co jakiś czas posyłaliśmy sobie ciepłe uśmiechy. Chyba zakochałam się w Johanie...




Carrie
Moja pobudka o dziesiątej rano nie była łatwa. Moje nogi, mimo że wypoczęte, odmawiały mi posłuszeństwa. Widocznie wczorajszy bankiet wdał się im we znaki. Ich wygląd jednak wciąż był taki sam, więc po prostu nie chciało im się wstawać. Z resztą tak jak i mnie, sama najchętniej pozostałabym w cieplutkim łóżeczku, jednak głód był zbyt silny, abym mogła kontynuować wyprawę w krainę snu, którą tak kochałam.
Zeszłam na dół lekko obolała i śmiertelnie głodna. Mogłam zjeść konia z kopytami tylko po to, aby poskromić tego wilka, który teraz we mnie drzemał. Ten wilk mógł nawet pożreć trzy świnki z tej popularne bajki, której wyjątkowo nie cierpiałam, bo ogólnie kochałam wszystkie bajki dla dzieci. Tak, byłam odrobinę dziecięca, ale dla większości ludzi to nie przeszkadzało tak jak i mnie. Lubiłam bajki, a szczególnie książęta, które w nich występowały, bo chłopacy w rzeczywistości to w większości debile, ale oczywiście Jeremy i jego brat są wykluczeni z tego grona.
 Na dole od razu poczułam zapach naleśników z bitą śmietaną oraz kakaa, które tak kochałam. Widocznie mama wcześnie wstała i zrobiła najcudowniejsze śniadanie na świecie, które tylko ona umie robić. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, jak tęskniłam za robionymi przez mamę posiłkami, ale teraz to wiem i muszę przyznać. że to wspaniałe uczucie, gdy własna mama ci gotuje, a nie kucharka.
Zjadłam pyszne śniadanko oglądają moją ukochaną bajkę, czyli Piękną i Bestię. Często marzyłam o przeżyciu podobnej historii miłosnej co Bella, ale wiedziałam, że to niemożliwe, bo gdzie ja znajdę taką bestię, a tak na prawdę to nie musiałam szukać bestii z wyglądu. Już znałam podobna bestię, ale z charakteru, bo twarz miał idealną, ale charakterek to miał straszny. Nawet po tym opisie już wiadomo o kogo chodzi. Jeśli nie to poinformuję, chodzi o Aidena, bożyszcze nastolatek w moim liceum. O wilku mowa. właśnie przyszedł do mnie SMS o treści"
" Cześć, słoneczko. Wstałaś już?" - Od razu zabrałam się za odpisanie mu.
" Hej, wstałam. Co chcesz?" - Wpisałam na klawiaturze w telefonie i wysłałam. Po sekundzie otrzymałam odpowiedź.
"Czyżby księżniczka wstała lewą nogą?" - Jak ja nienawidziłam, gdy on tak do mnie mówił.
"To raczej nie twoja sprawa, a teraz mów co chcesz, bo chcę miło spędzić sobotę." - Od razu odpisał.
" A propos tego, idziemy za godzinę na kawę, a potem do mnie."  - Czy on mi rozkazywał?
" Nie rozkazuj mi!" - Nie wiem ile razy już mu to mówiłam żeby mi nie mówił co mam robić. Do niego chyba nie docierało to, co starałam się wbić mu do głowy. 
" Zastanowię się nad tym, ale teraz muszę zająć się czymś innym." - Nie wiedziała co mu odpisać przez minutę, ale w końcu wpadłam n właściwe sformułowanie.
"To gdzie się chcesz spotkać na tą kawę?" - Zapytałam się od niechcenia.
"W Les Deux Magots. Pasuje?"  - Znowu się pytał, mimo że znał odpowiedź.
"Jasne." - I na tym nasza rozmowa się skończyła. Zapisałam jego numer w telefonie żeby wiedzieć czyj to kontakt, ale sądzę, że i bez nazwy bym sobie poradziła ze zidentyfikowaniem właściciela numeru.
Godzina oczekiwania na spotkanie z Aidenem niemiłosiernie się mi dłużyłam. Pół godziny przed czasem byłam już gotowa do wyjścia, ale gdybym wtedy wyszła z domu, ominęłoby mnie skosztowanie ciasteczek mamy zrobionych według przepisu babci, a tego za wszelką cenę nie chciałam. Ciasteczka babuni były moim ulubionym przysmakiem z Wenecji jaki pamiętałam, a pamiętałam dość sporo weneckich smaków.
Wreszcie przyszedł czas na to, abym się udała na spotkanie z Aidenem. Troszkę się denerwowałam, bo każde spotkanie z nim było nie do przewidzenia, a raczej to, co miało się tam stać. Bałam się, że coś pójdzie nie tak i nasza umowa ujrzy światło dzienne, a tego nie chciałam tak jaki i kilku innych rzeczy, o których wolałabym nie mówić. Ale cóż, raz kozie śmierć. Weszłam do budynku kawiarni i od razu mym oczom ukazała się postać Aidena. Był ubrany tradycyjnie, czyli skórzana kurtka, bluza, t-shirt, czarne spodnie oraz stylowe buty air force, które wpadły mi w oko, mimo że były męskie.
- Witam księżniczkę. - Odezwał się Aiden.
- Nie przy ludziach.
- Coś ty taka nie w sosie? Zawsze byłaś bardziej zabawna.
- Jakoś dzisiaj mi nie do śmiechu. - Zajęliśmy najlepszy stolik. Po chwili przyszedł kelner i we dwoje złożyliśmy zamówienie. Ja poprosiłam latte macchiato, a mój towarzysz o caffé macchiato.
- Coś się stało, słońce?
- Ty się stałeś.
- Wiesz, tylko ty i ta twoja przyjaciółka jesteście na mnie odporne. Jestem pod lekkim wrażeniem.
- Czyżbyśmy były jedynymi, które c odmówiły?
- A chcesz usłyszeć prawdę czy może kłamstwo?
- Preferuję prawdę.
- No to tak, wy jedyne jesteście na me uroki odporne.
- A ty nadal zbyt pewny siebie. Nie sądzisz, że może ci się ego trochę rozdąć.
- Nie.
- Chyba lubisz dawać, krótkie odpowiedzi.
- A ty chyba lubisz się ze mną drażnić tak jak ja z tobą.
- Chyba tak.
- Witam w klubie.
Wypiliśmy nasze napoje i przestaliśmy sobie dogryzać. Uznaliśmy, że skoro mamy spędzać ze sobą więcej czasu to lepiej zrobić zawieszenie broni na czas tego układu. Mi to pasowało, przynajmniej częściowo, bo obiecał, że nie będzie nazywał mnie takimi wyrażeniami jak: kotku, słonce, słoneczko, skarbeńku, myszko i misiaczku za co byłam mu ogromnie wdzięczna.
Gdy byliśmy gotowi do wyjścia, zapłaciłam za swoją latte macchiato, a Aiden za swój napój. Wyjął kluczyki z kieszeni spodni i ruszył w stronę samochodu, a ja za nim. Przyszedł czas na małą wycieczkę do jego domu, czego chciałabym uniknąć, jednak nie mogłam, nie miałam wyboru, więc gdy byliśmy na miejscu czułam się ponownie bardzo źle. Nie chodzi o to, że jego dom mi sie nie podobał, ale czułam się w nim odrobinę nieswojo, tak samo jakbym spała w cudzym łóżku. Łóżko Jenn się nie liczyło, bo było spałam w nim już kilkanaście razy, wiec byłam do niego przyzwyczajona na równi z jej całym domem, a z domu Aidena od razu miałam ochotę uciec i się zaszyć w moim przytulnym pokoju.
Po raz drugi weszłam do pokoju chłopaka i po raz drugi byłam nim całkowicie  oczarowana. Mimo ze kochałam mój pokój, to jednak z pokojem Aidena mogłam dopuścić się zdrady, a szczególnie z jego łóżkiem, a nie z nim. Jego nawet bym nie tknęłam na trzeźwo, ale po dobrej dawce alkoholu dałabym rade go pocałować, ale nic więcej. Musiałabym być martwa żeby pójść z nim do łóżka, wyjść za niego za mąż i mieć z nim pewnego dnia dzieci. A wracając do tematu to na widok jego łoża
 chciałam płakać ze szczęścia, bo wyobraziłam sobie, jak na nim śpię i snie o moim księciu z bajki, którym na pewno nie jest Aiden. Najwyżej mógłby zostać złym czarnoksiężnikiem, takim jaki był w Księżniczce Łabędzi. Moim księciem był Jeremy, najcudowniejszy i najprzystojniejszy chłopak na Ziemi, który nie zwracał na mnie uwagi. Wiem, że nie jestem w jego typie, ale pomarzyć zawsze można, bo czasem marzenia się spełniają.  Mam nadzieje, że moje marzenie kiedyś się spełni.
Z moich rozmyśleń wyrwał mnie głos Aidena.
- Rozgość się. - Rzucił słowa na wiatr, którego w tym pokoju nie było. - Spędzisz tutaj trochę czasu, więc sądzę, że to ci się przyda. - Podał mi laptop do ręki. - Możesz go tutaj używać.
- Dzięki, ale nie musisz pożyczać mi laptopa.
- Dzisiaj chyba muszę, swojego raczej nie wzięłaś. Nie mam racji?
- Dobra, masz rację.
- Siadaj gdzie chcesz, tylko nie wchodź mi za bardzo w paradę.
- Jasne. - Usadowiłam się na jego łóżku, które było strasznie wygodne. Rozpływałam się w jego miękkości i zapachu. Nie wiem dlaczego, ale jego woń była tak piękna, że mogłam się wtulać w pościel i czuć cudowny zapach.
Włączyłam laptopa i od razu weszłam w aplikację odpowiadająca za internet. Załączyłam słuchawki i puściłam ulubiona muzykę. W między czasie też przeleciałam szybko po facebooku i sprawdziłam aktywność znajomych. Jenn oczywiście nie było. Pewnie odpoczywała w nieznany mi sposób, ale jej się należało. W ostatnim czasie bardzo dużo przeszła i nie powinna się teraz przemęczać.
W czasie, gdy ja zajmowałam się bardzo przyziemnymi rzeczami, Aiden włączył swoje komputery i patrzył jakieś części do samochodu. Bardzo mnie to zainteresowało, bo sama kochałam samochody, ale niewiele osób wiedziało o tej mojej pasji.
Wstałam z łóżka i przybliżyłam się do osoby Aidena, a następnie powiedziałam.
- Pomóc ci jakoś?
- A co ty możesz wiedzieć o samochodach? - Powiedział z lekką pogarda w głosie, co nie było wcale miłe.
- Wiem całkiem sporo.
- Niby skąd?
- Po prostu lubię auta i czasem bardziej zagłębiałam się w ich budowę.
- Dobra, niech ci będzie.
- To czego szukamy? - Zapytałam się, po tym jak usiadłam w jednym z foteli, a były ich dwa.
Zaczął wyjaśniać mi co jest mu potrzebne. Niestety były to części rzadko spotykane, bo model jego samochodu nie był zbyt często kupywany ze względu na kosmiczną cenę i nie dziwie się im.
Spędziliśmy dwie i pół godziny na szukaniu tych części i w końcu na nie natrafiliśmy. Aiden od razu zamówił je przez internet. Bardzo się cieszył z powodu naszego znaleziska z reszta tak samo jak ja. To były męczące poszukiwania i chciało mi się strasznie spać, na co Aiden zareagował dość wyrozumiale. Powiedział, że mogę się zdrzemnąć na jego łóżku, a on mnie potem obudzi. Tak więc ułożyłam się wygodnie na jego łożu i dość szybko zasnęłam. Na chwile zrobiło mi się zimno, a potem poczułam coś miękkiego na sobie. Zapewne koc.




sobota, 18 czerwca 2016

Rozdział 6 (Piątek)

Carrie
Obudziłam się całkowicie wyspana i nawet się cieszyłam z powodu pójścia do szkoły. W końcu mogłam być pewna, że Aiden nie będzie mnie nękał, a poza tym w szkole nie musiałam udawać jego dziewczyny, co było kolejnym plusem tego dnia. Ale ludzie, dzisiaj piątek! Nie wiem jak można nie być szczęśliwym w ten szczególny dzień tygodnia. Ten dzień to błogosławieństwo z niebios dla każdego człowieka na Ziemi, na pewno dla mnie.
Ubrałam się w białą bluzkę z rękawem trzy czwarte, a do tego włożyłam miętową spódniczkę. Jedynym dodatkiem był naszyjnik z anielskimi skrzydłami, który nosiłam zawsze na sobie. Był on  jedyną pamiątką po mojej zmarłej sześć lat temu babci. Kochałam ją ponad życie i była dla mnie jak druga matka i zawsze się mną zajmowała, gdy mama nie miała czasu albo robiła coś ważniejszego niż opiekowanie się mną.
Zeszłam na dół i zrobiłam sobie pożywne śniadanie, które polegało na wzięciu z lodówki jogurtu i słodkiej bułeczki z nadzieniem toffi, które tak uwielbiałam. Gdy miałam już wchodzić usłyszałam wyjątkowo głos mojej rodzicielki, która powinna o tej porze spać.
- Kochanie?
- Taaak? - Odparłam zdziwiona, bo mama nie nazywała mnie tak na co dzień, chyba że  coś chciała.
- Dzisiaj będzie się odbywała bardzo ważny bankiet, na który cała nasza rodzina jest zaproszona.
- A co to za bankiet?
- Przecież wiesz, że ciągam cie tylko na bardzo ważne kolacje lub bankiety biznesowe i rodzinne.
- No wiem. Ok, pójdę. A kto tam będzie?
- Głownie wysoko postawieni ludzie w różnych branżach m.in. będzie tam Julian z synem. Są oni najważniejszymi gośćmi, a poza tym przydałoby się żebyś i ty reprezentowała swoją rodzinę jak to robią dzieci innych biznesmenów i biznesmenek. - Wyjaśniła.
- No w porządku, przecież mówię, że pójdę tam z wami. - Powiedziałam bez emocji, ale wiedziałam że dla mamy to wiele znaczy, ta kolacja, bo w końcu będzie mogła spokojnie spać, gdy wszystko wtedy pójdzie po jej myśli.
- Jesteś aniołem, skarbie. - Podeszła do mnie bliżej, bo wcześniej stała dwa metry dalej ode mnie, i przytuliła mnie jak nigdy wcześniej.
- Mamo. Zaraz połamiesz mi kości.
- Ach... No tak, nie jesteś z gumy. A czy ty przypadkiem nie powinnaś iść do szkoły?
- Tak, mamo, powinnam, ale przez tą rozmowę nie zdążę na autobus, a jeszcze muszę iść po rzeczy na górę.
- Nie spiesz się, zawiozę cię.
- Dzięki mamuś, ale nie musisz.
- Muszę, w końcu jesteś moją małą córeczką. - Łza poleciała jej po policzku, chyba naprawdę wczuła się w swoją matczyną rolę.
- Dawno mnie tak nie nazywałaś. - Zauważyłam.
- To prawda, musiałam zapomnieć jak to cudownie jest być matką.
- Możliwe, ale mam nadzieję, że  niedługo odzyskam w pełni swoją mamę.
- Przepraszam, skarbie, że nie miałam dla ciebie czasu.
- Nie ma sprawy, mamciu, ale musisz mi obiecać, że się poprawisz. - Mama zaczęła na dobre płakać przez co i ja uczyniłam podobnie.
- Obiecuję. - Tym razem uścisnęła mnie jeszcze mocniej, że o mało nie straciłam możliwości oddychania.
Przez chwilę stałyśmy do siebie przytulone. Zdaje się, że mamie nie przeszkadzał w tym fakt, iż zaraz będę spóźniona do szkoły. A jednak się zagalopowałam, bo moja mamcia po chwileczce rzekła:
- Dobra, koniec tego dobrego, zaraz spóźnisz się do szkoły, a zależy mi żebyś przeżyła dzisiejszy dzień bez żadnych uwag w szkole i zbędnych pytań, bo pojedziemy zaraz po twoich zajęciach po sukienkę dla mnie i dla ciebie na dzisiejszy wieczór. Zapowiada się dobra zabawa. - Oznajmiła z uśmiechem na ustach po tym jak skończyła wypłakiwać sobie oczy. Ja na szczęście miałam wodoodporny makijaż, więc się nie rozmazałam.
Po pięciu może dziesięciu minutach mama była ubrana tak jak zawsze, czyli bardzo szykownie i elegancko. Nie mam zielonego pojęcia jak udało jej się tak szybko zrobić tak doskonały makijaż, ale musiałam przyznać, że byłam pod ogromnym wrażeniem. Moja mama potrafiła zaskakiwać i to się jej chwaliło, bo często to czym zaskakiwała przynosiło dobre efekty.
- Możemy już jechać? - Zadałam mamie pytanie, a ta odpowiedziała twierdząco.
Wsiadłyśmy do jej samochodu, którego ubóstwiałam, bo, co dziwne, był on samochodem takim bardziej nowoczesnym i zwykłe matki takimi nie jeździły, co przekonywało o tym, że moja mamusia jest wyjątkowa.
Gdy byłyśmy już pod szkolą i przyszła pora na to, abym wysiadła z auta, mama się odezwał.
- Przyjadę po ciebie o drugiej.
- Dobra.
- Papa, słoneczko.
- Pa. mamo. - dałam jej buziaka w policzek i podreptałam w stronę budynku szkoły. Nagle coś, a raczej ktoś, chwycił mnie za rękę i pociągną za sobą. Gdy w końcu stanęliśmy w miejscu, ujrzałam twarz winowajcy, którym oczywiście był...


Jenny
W końcu nastał piątek. Przez dwa pełne dni czyli czterdzieści osiem godzin nie widziałam się z Carrie. Strasznie się za nią stęskniłam. Postanowiłam, że dzisiaj zajdę do szkoły. Byłam mega zmotywowana i miałam lekkie ADHD, gdyż nie znosiłam leżeć w miejscu przez długi czas i nic nie robić. Wstałam normalnie z łóżka i się ubrałam. Nawet nie odczuwałam już tego durnego bólu pleców. O dziwo było kilka minut po ósmej, pomimo iż zazwyczaj wstawałam około jedenastej. Powoli i na palcach wyszłam ze swojego pokoju, by nie zbudzić taty, który miał świetny słuch i lekki sen. Zeszłam na dół, zrobiłam sobie szybką kanapkę, zostawiłam kartkę tacie, że wyszłam do szkoły, wzięłam plecak i stary rower z garażu po czym pojechałam na nim do szkoły. Czułam jak chłodny wiatr wplata się w moje włosy, a jeszcze letnie słońce ogrzewa moją twarz. Gdy wreszcie dojechałam do szkoły była już dziewiąta. Tak, jechałam godzinę. Autobusem zazwyczaj jedzie się dwa razy krócej, lecz autobus był rano i następny kurs miał dopiero po lekcjach, gdyż jest to autobus szkolny. Od dziesięciu minut zaczęła się druga godzina lekcyjna, a ja weszłam do sali jak gdyby nigdy nic. Przywitałam się z nauczycielem  ( na moje nieszczęście z panem Hardwork'iem) i usiadłam na swoje miejsce przy oknie. Tym razem słuchałam i bacznie zapisywałam to co mówił nauczyciel biologii. Nawet czegoś się nauczyłam! A mianowicie, że jego lekcje są nudniejsze niż mi się wcześniej wydawało... Cóż, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Po biologii miałam wuef, więc pędem zaczęłam szukać Carrie. W końcu znalazłam ją w dosyć dziwnym miejscu i z jeszcze dziwniejszą osobą czyli Aiden'em. Popatrzyłam na niego złowrogo i ruszyłam w ich kierunku. Oczywiście oboje byli zdziwieni mym widokiem. Chciałam przywalić temu ,,arystokracie" z liścia, lecz mój wewnętrzny głos podpowiadał mi, żebym lepiej tego nie robiła:
-Heeeej Carrie!- Przywitałam się pogodnie jak gdyby nigdy nic- Co tam słychać? Tęskniłaś?- Zapytałam
- Jasne, że tęskniłam i to bardzo. - Podbiegła do mnie i przytuliła tak mocno, że poczułam ponownie ból pleców
-Błagam, nie tak mocno... Plecy...- Tyle zdołałam z siebie wydusić podczas tego przyjacielskiego uścisku
- Oj, przepraszam, troszku się zapomniałam, ale tak dawno cię nie widziałam, że mogłabym się do ciebie przytulać cały dzień. - Powiedziała ma przyjaciółka
-Wieeem.- Odparłam
-A tak w ogóle tata wie, że jesteś w szkole? Miałaś mieć półtora tygodnia wolnego...
-Ciii... - Puściłam do niej oczko- Znudziło mi się ciągłe leżenie i odpoczywanie
- No tak, za długo w jednym miejscu nie usiedzisz, nawet jeśli pół świata będzie ci leżało u stóp. - Zaśmiała się z niewielką krztą wesołości, chyba coś ją gnębiło, lecz nie chciała mi powiedzieć, a ja nie chciałam jej wypytywać, wolałam żeby powiedziała mi sama co ją trapi.
-Więc Aiden znowu ci dokucza?- Zapytałam nagle zdając sobie sprawę, że nie jesteśmy same
- Wieeesz, jakoś ostatnio dał mi spokój i staramy się ze sobą zaprzyjaźnić. - Zaczęła coś kręcić, a to mi się wcale nie podobało.
-Hmm... Carrie czy mogłabyś zostawić nas samych? Muszę z nim przez chwilę porozmawiać. Spokojnie. Obejdzie się bez rękoczynów.- Uspokoiłam ją, a ona posłusznie odeszła- A więc czy możesz mi wyjaśnić co zamierzasz?- Zwróciłam się do Aiden'a
- Czemu się tak tym interesujesz, kotku. Czyżbyś miała ochotę powtykać nosa w nieswoje spawy, kruszynko? - Zaczął swoją gadkę
-Uch... Przestań mnie tak nazywać, bo tym razem to ty wylądujesz w szpitalu.- Fuknęłam
-Oj, kicia ma pazurki. Uważaj by żadnego nie złamać...- Nie dokończył, bo oberwał w twarz i padł na plecy.
-Jeszcze raz nazwij mnie pieszczotliwie, a ma przepowiednia się spełni.- Mruknęłam i pomogłam mu wstać
-Ech. Muszę przyznać, że uderzenie to masz jak chłopak.- Pochwalił mnie, lecz nie na długo- Ale ja mam silniejsze.- Już się zamachnął, a ja zrobiłam unik- Ty jesteś jakimś ninją czy coś?- Zapytał zdziwiony
-Nie... Jestem myśliwym.- Odpowiedziałam z uniesioną głową i odeszłam mówiąc przy tym- Nadal czekam na przeprosiny...
- To się ich nie doczekasz, księżniczko.- Usłyszałam za sobą i przewróciłam oczami zostawiając go samego. 
Gdy zadzwonił dzwonek na lekcje byłam już na bloku sportowym i czekałam na ławce na mojego nauczyciela i resztę klasy. Kiedy się wszyscy pojawili weszliśmy do sali gimnastycznej i zaczęła się rozgrzewka. Oczywiście grzałam ławę, czego strasznie nie lubiłam. Jak się okazało mieliśmy dzisiaj w planach koszykówkę (jednak ten dzień może być piękny).  Podczas lekcji wuefu mogłam podziwiać sportowe możliwości naszych chłopaków z klasy (w tym Johana, który był w swoim żywiole). Niestety dziewczęta zrezygnowały z gry, gdyż jedne obawiały się o swoje świeżo pomalowane paznokcie, a drugie o swe życie, gdyż chłopaki potrafią mega agresywnie grać, a w szczególności mój sąsiad i rywal, który powoli stawał się moim kolegą z widzenia.
Widziałam jak gra w kosza co było niemal niezwykłym zjawiskiem. Chłopak idealnie odnajdował się w obronie, chociaż czasami był na pozycji atakującej i zdobywał punkty dla swojej drużyny. Po wuefie miałam angielski, który nawet lubiłam, z resztą tak samo jak resztę języków. W ogóle interesujące wydawało mi się to, że każdy kraj posługuje się innym językiem, a za pomocą angielskiego mogę na przykład pogadać z osobą z zupełnie innego kraju, a nawet kontynentu. To jest właśnie w tym najlepsze, że mimo iż jesteśmy z innego otoczenia, innej kultury oraz innego wyznania możemy się dogadać i miło spędzić ze sobą czas.
Tak więc po angielskim niestety, ale przyjechał po mnie tata. Cóż mówiąc, że był wnerwiony to chyba nie najlepsze określenie do stanu w jakim się obecnie znajdował... Był wręcz wściekły do granic możliwości:
-Jenn! Co ty od rana do cholery odwalasz?!- Zadał mi pytanie przy całej klasie
-Uczę się w szkole...- Odparłam cicho spuszczając głowę w dół niczym zbity pies; nie chciałam pogarszać swojej sytuacji
-Ale ty masz kurka zwolnienie! Do samochodu i to już!
-Nie.- Szepnęłam i podniosłam odważnie głowę- Czuję się już dobrze, nie muszę odpoczywać.- Rzekłam stanowczo lekko podnosząc głos; ech, i tak już było źle, gdyż oczy wszystkich uczniów przebywających na korytarzu gapiły się na mnie i mojego tatę i bacznie obserwowały rozwój wydarzeń
-Co? Powiedziałem do samochodu i to już!
-Nie! Nie jestem małą dziewczynką! W domu czuję się jak w więzieniu. Nic nie mogę sama zrobić! Czy ty wiesz jak to jest, gdy czujesz się bezradny i gdy wszyscy skaczą koło ciebie, by cię zadowolić? Czuję się jak jakaś niepełnosprawna!
-Dobra! Ustalmy coś, ale na osobności.- Postanowił
-Ok!- Odparłam stanowczo i ruszyłam za nim na dół do drzwi wejściowych; jak się spodziewałam cały tłum, który nam się przysłuchiwał podążył za nami i starał się cokolwiek z naszej ugody usłyszeć:
-Jenn. Ja rozumiem, że w domu masz ograniczoną swobodę, ale to dla twojego zdrowia. Nie robię ci tego na złość ani ja, ani Allie. Na serio. Cóż, wiem, że odziedziczyłaś po mnie upór więc ustalmy pewne zasady...- Zaproponował
-No dobrze.
- A więc: będziesz osobiście podwożona przeze mnie do szkoły oraz odbierana, będziesz mogła poruszać się samodzielnie po całym domu, ale jak najrzadziej i tylko wtedy kiedy to jest konieczne. Zasady dotyczące polowań i ogólnie jakiegokolwiek większego wysiłku fizycznego nie ulegają zmianie.- Oznajmił
-Ok. Pasuje mi.- Posłałam mu radosny uśmiech, na który odpowiedział mi tym samym- I przepraszam, że się na ciebie wydarłam...
-Ja też przepraszam.- Powiedziawszy to przytuliliśmy się do siebie, a tłum który myślał, że jest niewidzialny rozszedł się wiedząc, że dalszego ciągu kłótni nie będzie.
-Kocham cię tato.- Wyszeptałam
-Ja ciebie skarbie też.- Odszepnął i nagle zapytał wypuszczając mnie z objęć- O której kończysz?
-Za dwie godziny.
-Ok. Będę czekał.- Obiecał
-Aaa tato!- Zwołałam- Możesz zabrać mój rower sprzed szkoły?- Zadałam mu pytanie, a on kiwną głową i wyszedł ze szkoły zostawiając mnie prawie całkiem samą na korytarzu, gdyż za mną stał Johan, który zdradził swoją obecność kładąc swoje wielkie łapska na moich ramionach:
-Ej, a ty tu czego?- Zapytałam poirytowana i lekko wystraszona
-Ktoś chyba musi cię pilnować byś się nie przemęczała?- Zadał mi pytanie retoryczne zdejmując mój plecak z pleców i zarzucając go na swoje:
-Eeee, oddawaj!- Krzyknęłam chcąc odebrać mu moją własność
-Nieee.- Pokazał mi język i ruszył w strone sali lekcyjnej
-Johan! Ty diable wcielony, wracaj tu!- Zaczęłam iść za nim szybkim krokiem, aż w końcu go dogoniłam i próbowałam odebrać mu mój plecak
-Jeeeenn!- Usłyszałam pełen strachu głos Katie, której nie widziałam od poniedziałku; spojrzałam w stronę z której dochodził głos dziewczyny i zauważyłam grupkę chłopaków, którzy ciągali ją za włosy oraz opróżniali jej plecak
-Ej! Zostawcie ją!- Zacisnęłam ręce w pięści i zaczęłam zmierzać na miarę moich możliwości w ich kierunku
-O proszę! Zbuntowana kaleka idzie na pomoc Rudej!- Zaśmiał się jeden z chuliganów
-Kaleką to zaraz ty będziesz.- Zagroziłam mu i już chciałam się zamachnąć, gdy załapał mnie za rękę Johan i powstrzymał przed zadaniem ciosu.
-Hah! Patrzcie! Pantoflarz też broni Rudej!- Wybuchnął śmiechem inny chłopak, który nie ustał zbyt długo, gdyż oberwał kopniaka od Johana.
-Któryś ma coś jeszcze do powiedzenia?- Zapytał ostro szatyn taksując wzrokiem znęcających się nad Katie chłopaków
-Myślisz, że taki silny jesteś Jager? Nic bardziej mylnego. Nie wiem, dlaczego bronisz te dwie sieroty. Masz całkiem niezły potencjał do naszej paczki...- Zaproponował mu chłopak, który nazwał mnie ,,zbuntowaną kaleką" i który prawdopodobnie był liderem tej grupy łobuzów
-Wybacz stary, nie jesteście na moim poziome, poza tym mam szacunek do kobiet, co jest w Niemczech bardzo ważne.
-Ale my nie jesteśmy w Niemczech.- Szepnęła wystraszona na maksa Katie
-Pysk rudzielcu!- Wrzasnął na nią ,,Lider", a ja wykorzystałam nieuwagę Johana i zaatakowałam go. Rzuciłam się na niego okładając jego twarz pięściami i krzycząc: ,,Sam masz pysk tispe (suko)!"
-Ej, Jenn!- Zawołał zdezorientowany Niemiec i próbował mnie odciągnąć od krwawiącego już chłopaka; jedyną wadą młodych francuskich chłopców jest brak solidarności. Kiedy jednemu dzieje się krzywda inni stoją i patrzą albo uciekają z przekonaniem, że ich to nie dotyczy (od autorek: drodzy Francuzi, proszę nie brać tego do siebie, gdyż jest to tak napisane na potrzeby książki, tak na serio to jesteście spoko ;) ).
Po stoczonej bójce wylądowaliśmy wszyscy u dyrektora. Na szczęście wszystko zakończyło się tylko upomnieniem i wizytą ,,Lidera" u pielęgniarki.
Po skończonych lekcjach zgodnie z zapowiedzią ujrzałam na parkingu szkolnym terenowy samochód, który należał do mojego taty. Podeszłam do niego i wsiadłam zapinając pas:
-I jak dzisiaj było w szkole?- Zapytał ciepłym głosem mój ojciec
-Świetnie!- Odparłam radośnie nic nie mówiąc o bójce i lekkim bólu pleców, który od tamtej pory zaczął mi towarzyszyć; nagle spojrzałam w kierunku szkoły i zobaczyłam wychodzącego z jej wnętrza Johana, który szedł na przystanek autobusowy ze spuszczoną głową- Tatooo...- Zaczęłam- Może go podwieziemy?
-Kogo?- Był lekko zdezorientowany, lecz zaraz skapnął się o kogo mi chodzi- Jasne!- Powiedziawszy to podjechał w stronę chłopaka i zawołał przez otwartą szybę- Ej, Johan, podwieźć cię?
-Jeśli to nie będzie problem.- Powiedział cicho i niepewnie
-Oczywiście, że nie. Wsiadaj!- I tak oto podwieźliśmy chłopaka, który już po raz drugi stanął w mej obronie oraz zaczął się o mnie troszczyć...

Carrie
Gdy w końcu przyszła pora na to by wyjść ze szkoły i odetchnąć, znowu zostałam złapana. Oczywiście tym razem wiedziałam kto za tym stoi. I się nie pomyliłam. Mym oprawcą  był nie kto inny jak Aiden. Mój udawany chłopak. Niestety już dzisiaj miałam zacząć grać swą rolę.
- No hej, kotku. - Milczałam. - Nie przywitasz się ze swoim chłopakiem? - Zrobił jedną z tych swoich min, które wykorzystywał do swoich niecnych celów. - Dobra, jak tam sobie chcesz, ale na tym bankiecie masz zachowywać się tak, jakbyś właśnie się we mnie zakochiwała. Pamiętaj.
- Czyli dopiero zaczynamy te podchody, zamiast od razu być parą? - Zapytałam lekko zniesmaczona całą ta sytuacją.
- No ba, przecież twoja mama nadal sądzi, że się nienawidzimy.
-  Jak mogłaby myśleć inaczej, skoro aż ode mnie kipi nienawiścią do ciebie i to raczej się nigdy nie zmieni.
- Pożyjemy, zobaczymy.
- Jak ja nie cierpię kiedy jesteś takim zadufanym w sobie dupkiem.
- Czyli w twoim myśleniu, cały czas. Czyż nie ma racji? - Jeszcze się głupio pytał, jakby nie wiedział.
- Tak, trafiłeś w dziesiątkę, a teraz wybacz, ale moja mama zaraz przyjedzie po mnie. - Odwróciłam się do niego i do drzewa, przy którym staliśmy, plecami.
- Widzimy się później, kotku. - Już chciałam krzyknąć, aby nie nazywał mnie tak, ale właśnie w tej oto chwili samochód mamy stanął prawie przed moim nosem.
Podeszłam bliżej do auta, coś mnie powstrzymało przed wsiąściem do niego. Obejrzałam się za siebie, ale Aidena nie było przy wielkim drzewie, jakby rozpłynął się w powietrzu. Wsiadłam po chwili do samochodu i dałam mamie buziaka w policzek.
- Hej, skarbie. Jak było w szkole?
- Hej, mamciu. W szkole było w porządku, da się przeżyć.
- To dobrze, a teraz się musimy się pospieszyć, bo potrzebujemy zajechać w kilka miejsc.
- A co to za miejsca?
- Zobaczysz. Gwarantuję, że ci się spodobają.
- Skąd ta pewność. - Powiedziałam z uśmiechem, bo wiedziałam, co mi odpowie.
- Bo jesteś taka jak ja.
- I tu się z tobą zgodzę.
Porozmawiałyśmy z mamą o różnych bzdetach. Fajnie było znów pogadać z mamą jak za dawnych czasów. Sądzę, że bardzo mi tego brakowało, a w szczególności jej. Rzadko ze sobą rozmawiałyśmy, prawie nigdy, więc wspólnie spędzony z nią dzień, był czymś co będę wspominać przez najbliższy tydzień.
Poszalałyśmy na zakupach, byłyśmy u kosmetyczki i fryzjerki, więc we dwie wyglądałyśmy jak nówki sztuki, nieśmigane. Gdy przyszedł czas, aby wrócić do domu, założyć wieczorową suknię i szpilki, aby udać się na kolację, byłyśmy z lekka wyczerpane. Latanie po sklepach miało swoją cenę. Bolące nogi, które po kąpieli były jak nowe, z resztą jak całe moje ciało, i głowa, która dzięki gorącej herbacie przestawała boleć. Tak więc, gdy wróciłam do domu, musiałam się trochę sprężyć, by z wszystkim się wyrobić. Oczywiście fryzurę i makijaż miałam gotowe, więc ich kwestia nie podlegała dyskusji, nie było co poprawiać. Jedyny problemem były buty, których nie mogłam dopasować do sukienki. Jednakże od czego jest mama, ona zawsze poratuje z każdej sytuacji, nawet najgorszej.
Kochana mamusia miała szafę pełną skarbów, czyli butów, a dokładniej szpilek. Nie wiem jakim cudem uzbierała tak wspaniała kolekcję obuwia, ale wolałam jednak nie wiedzieć. Plusem tej wielkiej kopy szpilek było to, że zawsze się do czegoś przydawały. Na szczęście wśród nich, były idealne buty do mojej granatowej kreacji, którą wkładałam dziś wieczór.
Tata w garniaku stał w kuchni i czekał na królowe swego życia, czyli moja mamę i mnie. Wpierw zeszła mama, bo ta musiała zawiązać tacie porządnie krawat, bo jego zdolności w tym zakresie były minimalne. Nie chodził zbyt często na uroczyste imprezy, więc rzadko nosił garnitur i krawat. Ja nie miałam problemu z krawatem, bo nigdy nie musiałam go nosić, na szczęście z resztą, bo akurat bycie małą niezdara odziedziczyłam po nim, więc gdybym była chłopakiem, miałabym ten sam problem co mój tatuś.
Ostatecznie zeszłam po schodach na dól powoli. Wolałam dotrzeć na ten bankiet w jednym kawałku, z całą suknią i bez złamanego obcasa, co było nie lada wyzwaniem, bo gdy się stresowałam, wszystko szło nie po mojej myśli. Zawsze musiał się coś stać, abym potem miała dość swego życia. Miałam ogromną nadzieję, że tym razem dotrę na miejsce i przeżyję ten wieczór bez większych przeszkód, co graniczyło praktycznie z cudem. Chciałam, aby ten cud dzisiejszego wieczoru się stał. Wręcz błagałam o niego niebiosa.
Dotarłam na bankiet w jednym kawałku bez żadnych szkód. Pięciogwiazdkowy hotel, w którym odbywało się dzisiejsze wydarzenie, był niesamowity i uderzająco piękny. Mogłam tak stać i podziwiać wnętrze, ale fakt, że przybyłam w to miejsce z innego powodu, powstrzymywał mnie przed uczynieniem tej rzeczy.
Sala bankietowa była wypełniona ludźmi, którzy wystroili się w najlepsze ciuchy. Z resztą nie dziwie się im, sama zrobiłam dokładnie to samo kupując te granatowe cudeńko, zwane potocznie suknią wieczorową. Moja mama włożyła tradycyjnie czarną suknię, ten kolor był jej ulubionym, więc nie mogłam się dziwić, że wciąż nosi ciemne lub po prostu czarne ubrania. A wracając do tematu, goście zasiadali przy stolikach, na których stały kartki z napisanymi najważniejszymi danymi osobowymi, czyli imieniem i nazwiskiem, a czasami ze stanowiskiem jakie piastują. Mój stolik był częściowo zapełniony, bo nasze miejsca znajdowały się tam, gdzie Aidena i jego ojca, Juliana Heavensa.
Panowie się serdecznie powitali, tak jak ja i moi rodzice. Obaj wyglądali bardzo dostojnie w tych garniturach. Pierwszy raz w życiu mogłam powiedzieć, że z Aidena było niezłe ciacho. Żeby było jasne, nie powiedziałam oczywiście tego na głos. Jeszcze tego by mi brakowało, aby jeszcze jego ego się powiększyło i stało się nie do zniesienia. Ku memu zaskoczeniu Aiden nawet pomógł mi usiąść. Pierwszy raz w życiu widziałam te oblicze chłopaka, oblicze dżentelmena, którego nigdy nie poznałam, aż do teraz. Jego wygląd i zachowanie było nienaganne, co mnie pozytywnie zaskoczyło. W czasie rozmowy z moimi rodzicami, wyrażał się dość poprawnie, co nie zbyt często się zdarzało w codziennym życiu. Gdyby taki był na codzień, to może istniałaby szansa, że mogłabym się w nim zakochać, ale i tak tego nie chciałam.On na zawsze pozostanie tym, który sprawia, że moje życie staje się koszmarem.
Zjedliśmy kolację, która swoją drogą była wyśmienita, ale co ważniejsze to fakt, że miałam dopiero pół wieczoru za sobą. Moi rodzice byli tak pochłonięci rozmową z ojcem Aidena, że zapomnieli chyb o moim istnieniu. W ogóle nie wiedziałam po co moja mamcia mnie tu ściągnęła. Zdaje się, że tylko po to, abym przyglądała się im oraz sufitowi, a w między czasie zerkała na Aidena, którego oczy lądowały często na moim dekolcie, co było nad wyraz denerwujące. Oczywiście, gdy zaczynałam patrzeć w jego stronę, udawał, że patrzy coś w telefonie. Gdy tylko odwróciłam wzrok, czułam jego spojrzenie na moim ciele, aż ciarki mnie przechodziły. W końcu Aiden ruszył swoja szanowną dupę z miejsca i podszedł do krzesła, które zajmowałam i zaprosił mnie do tańca. A ja, że byłam bardzo dobrze wychowana, jakżebym mogła wyrazić odmowę, gdy dżentelmen prosił. A tak na prawdę to moje zachowanie na dzisiejszym bankiecie podlegało mojej i jego umowie, więc nie miałam wyboru i musiałam się zgodzić. Toż miałam odgrywać, że się w nim powoli zakochuję.
W chwili, gdy postać Aidena znalazła się przy mojej, nasi rodzice spojrzeli w nasza stronę z niedowierzeniem. Moja mama wpadła w osłupienie, gdy zobaczyła, że tańczę z synem najbogatszego człowieka we Francji. Pewnie też bym wpadła, gdybym usłyszała o tym dwa dni temu, ale teraz jakoś mnie to nie rusza.
- Pięknie wyglądasz. - Skomplementował mnie chłopak.
- Ty też nie najgorzej. - Odwdzięczyłam się najlepiej jak umiałam, ale i tak to kiepsko zabrzmiało w moich ustach.
- Mogłabyś nie robić tej smutnej miny szczeniaczka, bo wyglądasz tak, jakbym był seryjnym mordercą i chciał cię zabić.
- A tak nie jest?
- Nie. Na razie mam w planach tylko taniec z tobą.
- Zero zabijania? Nawet wzrokiem?
- Zero. - Zaczęłam się śmiać, po czym i Aiden dołączył do mnie.
- To dobrze. Chcę jeszcze trochę pożyć.
- Wiesz, też mi nie śpieszno do grobu, ale zastanawiam się czy ty przypadkiem nie planujesz małego zabójstwa w środku bankietu.
- Nie, a co?
- A nic. Sprawdzam, czy przypadkiem nie chcesz dokonać tego morderstwa za pomocą szpilek.
- Buty mają być w jednym kawałku i nie pobrudzone, więc wykluczam tą zbrodnię.
- Uff. Chyba dzisiaj mam szczęście.
- Widocznie tak. Ale nie przyzwyczajaj się za bardzo do tego.
- A to dlaczego? Czyżbyś miała jakieś niecne zamiary?
- Ja nie, ale ty na pewno tak, więc moja zbrodnia w zamian za twoją.
- Oo. To w najbliższym czasie postaram się ci nie dokuczać, bo życie jest mi jeszcze miłe.
- I masz racje, lepiej nie denerwuj mola książkowego i zdjęciomaniaczki w jednym.
- Zdjęciomaniaczki?
- Tak, no wiesz, osoby, która robi od groma zdjęć. Jak zrobię kilka zdjęć będę miła bardzo ładne dowody na twoją niekorzyść.
- Acha, no to spoko. Więc jak mówiłem, postaram się ci nie podpaść.
- To dobrze.
Tańczyliśmy, rozmawialiśmy i śmialiśmy się jak nigdy przedtem. Patrzyliśmy sobie w oczy bez nienawiści i pogardy, co nie zdarzało się do tej pory. Dopiero teraz zauważyłam jak jego błękitne oczy są piękne i uwodzicielskie. Były jak ocean bezkresny i głęboki oraz jak rzeka o silnym prądzie, porywające, aż ciężko się było oderwać, ale wciąż pozostawały oczami Aidena. Do tego czasu nie przyznałam tego i na głos tego też nie zrobię, ale w głębi duszy mogę rzec, że wiem, co pociąga dziewczyny w nim, bo właśnie to odkryłam, przynajmniej tak sądzę.
Utwór wykonywany przez orkiestrę się skończył, ale nie chciałam jeszcze schodzić z parkietu i Aiden raczej też, bo poprosił mnie o drugi taniec. Przystałam na jego propozycję. Był świetnym tancerzem i mogłam gwarantować, że dzisiejszego wieczoru nie potrafiłabym znaleźć lepszego partnera do tańca, poza tatą, który zajmował się swoją królową w tej chwili. Jak mogłam mieć mu to za złe, skoro mama wyglądała na przeszczęśliwą, co i mnie zadowalało, więc pozostawało mi tylko, zostawić ich samym sobie. Ja natomiast miałam zamiar zająć się Aidenem.
Sunęliśmy po parkiecie tak, jakbyśmy mieli ten taniec już od dawna przećwiczony do doskonałości. Taki ten taniec właśnie był: doskonały, cudowny i niesamowity. Mogłam tak z nim tańczyć w nieskończoność, ale niestety wszystko się kończy, tak samo jak ten wieczór wraz z tańcem, który nigdy się nie powtórzy, bo nic nie zdarza się dwa razy tak samo. Mówi się trudno, ale chciałabym jeszcze kiedyś powtórzyć tę piękną chwilę, w której moje myśli na temat Aidena nie dotyczyły uduszenia go lub rzeczy jeszcze gorszych, których lepiej sobie nie wyobrażać. Naprawdę.
W chwili, gdy musieliśmy skończyć te wygibasy na parkiecie, Aiden delikatnie ucałował mą dłoń, co wywołało lekki rumieniec na mej twarzy oraz uśmiech od ucha do ucha. Poczułam się szczęśliwa. Ten czyn sprawił, że raz w życiu byłam pod jego ogromnym wrażeniem. Po tym jak to zrobił miałam do niego mniej nienawiści niż przedtem, ale reszta wciąż pozostawała na miejscu.
Niedługo po tym jak skończyłam wirować na środku sali, tata ogłosił mi, że zaraz będziemy wracać, więc miałam się pożegnać ze swoim przyjacielem, jak to ujął, i przyjść z powrotem do nich. Jak chciał, tak zrobiłam.
Gdy podeszłam do pana Genialnego Tancerza ten powiedział:
- Dobrze się spisałaś, a w szczególności w momencie, gdy się zarumieniłaś. Lepszej aktorki nie mógłbym wybrać na twoje miejsce.
- Dzięki.
- Ale nie przyzwyczajaj się za bardzo do tych komplementów i mego łagodnego zachowania. Za często nie będziesz miała z nim styczności. - Puścił do mnie oczko i się uśmiechnął, ukazując przy tym białe zęby.
- A już miałam nadzieję. No trudno, jakoś przeżyję bez miłego Aidena, ten zły też się nada, gdy nie jest zbyt denerwujący. - I ja lekko się uśmiechnęłam.
- Mogę to samo powiedzieć o tobie.
- Dobra, muszę lecieć. - Pożegnałam się i zaczęłam iść w stronę rodziców, a ten chwycił mnie za dłoń i obrócił wokół własnej osi, po czym ucałował mnie w policzek i szepnął do ucha:
- Gdzie się wybierasz, Kopciuszku, północ jeszcze nie wybiła?
- Wracam do domu.
- Ale tak bez porządnego pożegnania?
- Czego ode mnie oczekujesz?
- Prawdę mówiąc to niczego, ale przydałby się mały buziak na pożegnanie.
- Chyba w twoich snach.
- Tak jak myślałem. Czyli widzimy się we śnie.
- Już nie mogę się doczekać. - W końcu się z nim pożegnałam i poszłam do tych moich rodziców, którzy patrzyli cały czas na mnie i na Aidena, co sprawiło, że zaczynałam się martwić ich reakcją.
W trakcie drogi do domu, rodzice nie pytali się mnie o to, co zaszło między mną i Aidenem. Byłam za to im bardzo wdzięczna, bo teraz nawet nie miałam siły, aby im odpowiadać. Fakt, że się o nic nie pytali, był jak manna z nieba.
Wczołgam się na górę za pomocą resztek sił, które zostały w moim ciele. Do tej pory nigdy nie odczuwałam takiego zmęczenia. Nie miałam nawet siły, aby wziąć kąpiel, więc tylko zdjęłam suknię i ją powiesiłam na wieszaku, a następnie wbiłam się w moje ukochane piżamki i wlazłam pod cieplutką kołderkę, marząc o tym, aby ten dzień się skończył. Sen przyszedł tak szybko, że nawet nie zdążyłam przemyśleć tego, co się dzisiaj stało.


piątek, 17 czerwca 2016

Rozdział 5 (Czwartek)

Carrie
Obudziłam się i wstałam z łóżka. Od razu tego pożałowałam. Miałam tą okropną świadomość, że gdy pójdę dziś do szkoły, ujrzę jego. Nie chciałam tego za wszelką cenę, nawet jeśli miałabym udawać chorą, aby nie iść do szkoły. Po prostu nie byłam gotowa na to żeby spojrzeć choćby na niego. Potrzebowałam szczerej rozmowy z Jenn, ale ona miała teraz swoje problemy, więc nie powinnam jej obarczać moimi. Ale mówi się trudno, jestem skazana na życie z myślą, że pewnego dnia ten dureń upomni się o swoje.
Postanowiłam jednak nie dać mu tej satysfakcji i miałam zamiar pójść do tej chorej szkoły. Chciałam jakoś przeżyć ten dzień i mieć go już z głowy, tak samo jak następne, ale nie było to możliwe, bo niestety byłam z nim w jednej klasie, co wiązało się z tym, że muszę go codziennie widywać.
Miałam dziś na ósmą do szkoły, wiec musiałam być tam mniej więcej dziesięć minut przed, aby przygotować się do lekcji. Na razie szczęście mi dopisywało, bo nie widziałam osoby Aidena i nie miałam dzisiaj żadnej kartkówki ani sprawdzianu, dlatego też mogłam być szczęśliwa. Jednak moje szczęście nie trwało zbyt długo, bo ledwo przed dzwonkiem przed salą pojawił się on. Człowiek sprawiający, że moje życie zmienia się w koszmar.
Był coraz bliżej. Już zaczynałam słyszeć jego oddech, gdy był tuż przy mnie, ale przeszedł obok,  jak gdyby nigdy nic, jakbym nie istniała. To było straszne i dziwne, nigdy tak się nie zachowywał, a tym bardziej, gdy miał przy sobie swoja paczkę. Mogłam mieć już przeczucie, że coś się kroi i nie będzie to nic dobrego ani miłego w szczególności dla mej osoby.

Jenny
W czwartkowy poranek obudziłam się z potężnym bólem głowy oraz wysoką gorączką. Miałam wrażenie, że zaraz się rozpłynę. Wszystko mnie irytowało, nawet troskliwość mojego taty, któremu niełatwo było być samotnym ojcem na pełnym etacie oraz mechanikiem samochodowym i dodatkowo myśliwym. Faszerował mnie wszelkimi lekami, byle by gorączka spadła. Leżałam u siebie w pokoju na pierwszym piętrze w łóżku i szarpałam się w kołdrze. Ten rodzaj bólu był wręcz nie do zniesienia. Nawet przez chwile zapomniałam o swoich bolących plecach, które w obecnej chwili były moim najmniejszym zmartwieniem. Próbowałam zasnąć, lecz przez ten durny ból głowy nie dałam rady. W końcu tata zawyrokował:
-Zabieram cię do lekarza.
-Nie!- Wrzasnęłam, a raczej zawyłam żałośnie- Tylko nie szpital, błagam. Więcej tam nie wrócę!
-Ale Jenn. Ja muszę być o trzynastej w warsztacie. Mój urlop właśnie się skończył i muszę wracać do pracy, a obecnie nie ma się kto tobą zająć. Chyba że...- Zawiesił się
-Chyba, że co?- Zapytałam
-Chyba, że poproszę żonę Bruna by do nas przyszła i ciebie popilnowała.
-Dobrze. Niech będzie, byle nie szpital.- Odparłam szybko, a mój ojciec wyciągnął z kieszeni telefon i zadzwonił do naszej sąsiadki. Gdy już zakończył rozmowę oznajmił mi, że Allie przyjdzie za dziesięć minut. Do niej akurat nic nie miałam. Nie przeszkadzała mi w polowaniach oraz nigdy nie była dla mnie niemiła.
Gdy zbliżała się już jedenasta, do naszych drzwi zapukała pani Allie. Mój tata ją przywitał i wpuścił do środka. Cóż... Najlepszego porządku to on sam nie potrafił utrzymać, jak to mężczyźni. Nasza sąsiadka weszła na górę i przywitała się ze mną:
-Guten Tag Jenny.
-Dzień dobry.- Odpowiedziałam jej
-Oj, dziecino. Z tobą nie najlepiej. Co konkretnie dawałeś jej Hans?- Zwróciła się do mojego ojca
-Wszystko to co stoi na etażerce.
-Trochę za dużo, ale to nic. W przeciągu godziny temperatura powinna jej spaść.- Oznajmiła Allie
-To dobrze.- Odetchnął mój tata
-Więc możesz dziś spokojnie pracować. Ja się nią zajmę najlepiej jak potrafię. Obiecuję.- Zapewniła go nasza sąsiadka.
-Jesteś pewna? To nastolatka w wieku dojrzewania! Potrafi nieźle dopiec.
-Tak. Spokojnie, mam w domu dwójkę takich plus jednego mniejszego. Jakoś sobie z nimi radzę.
-Podziwiam cię. Ja ledwo daję radę z jedną...
-Em, tato, ja nadal tu jestem.- Odezwałam się
-Oj, wybacz skarbie. Która już godzina?- Zadał sam sobie pytanie
-Jest kilka minut po jedenastej.- Odpowiedziała Allie
-Ech. Musze iść się ubrać, a później zatankować wóz do pełna i kupić kilka rzeczy.- Powiedziawszy to wyszedł z pokoju zostawiając mnie sam na sam z naszą sąsiadką
-Nadal bolą cię plecy?- Zapytała troskliwie
-Tak szczerze to tak, ale bardziej moją uwagę zwraca ból głowy.
-Och. A brałaś paracetamol?
-Niee.
-To poczekaj zaraz ci przyniosę.- Już miała wychodzić, gdy do pokoju zajrzał mój tata- O, Hans! Macie gdzieś paracetamol?
-Tak, zaraz ci przyniosę.- Oznajmił i znów zniknął.
-Więc musisz teraz sporo nadrabiać?- Zapytała Allie chociaż znała odpowiedź.
-Nooo dosyć sporo. I mam jeszcze przez półtora tygodnia odpoczywać.
-Oj. To musi ci być na prawdę ciężko. A jak sobie radzisz bez matki?- Znów zadała pytanie, które osobiście mnie nie to, że uraziło, lecz wywołało falę wspomnień związanych z moją mamą; zacisnęłam zęby i odpowiedziałam:
-Bez niej jest... Inaczej.- Odparłam
-Och, to na pewno. Chodzi mi o to, że jeżeli potrzebowałabyś noo wiesz, kobiecej porady albo się wyżalić to możesz przyjść do mnie.- Zapewniła mnie
-Noo dobrze. Dziękuję pani bardzo. Zapamiętam to.-Odparłam lekko zakłopotana
-Już mam!- Oznajmił tata wchodząc do pokoju i podając lek Allie
-Dziękuję. Masz Jenny.- Powiedziała podając mi tabletkę, którą łapczywie połknęłam
-Ja już będę leciał. Pa Jenn, do widzenia Allie i jeszcze raz dzięki.- Pożegnał się mój tata i wyszedł z domu
-Pa!- Krzyknęłyśmy obie.
Później, gdy byłyśmy same zechciało mi się spać, więc zdrzemnęłam się trochę. Kiedy się obudziłam Allie nie było przy mnie. Krzątała się gdzieś na dole prawdopodobnie w kuchni, gdyż wyczułam zapach rosołu. Postanowiłam zejść na dół, lecz nagle ktoś wszedł do mego pokoju. Tą osobą okazał się być młodszy brat Johana- Joachim:
-Wstałaś już?- Zapytał uprzejmie
-Tak.- Odparłam krótko
-Zawołać mamę?- Zadał zwykłe pytanie, które smyrnęło delikatne struny mych wspomnień; strasznie przypominał mi Andreasa. W sensie, nie był do niego podobny pod względem wyglądu, lecz pod względem uosobienia. Zawsze kulturalny, uprzejmy, delikatny, niewinny. Po prostu aniołek. W końcu mu odpowiedziałam:
-Przypominasz mi kogoś, wiesz?
-Johan mówił, że nie masz rodzeństwa i mamy.- Odparł chłopczyk, a me serce chwycił bolesny skurcz; ale zaraz... czemu Johan mówił o mnie swojemu bratu?
-Tak, to prawda.- Odpowiedziałam z zaciśniętym gardłem- I wiesz co? Możesz zawołać swoją mamę.- W tej chwili Joachim zniknął z mojego zasięgu wzroku, a później zastąpiła go Allie, która usiadła na moim łóżku obok mnie:
-Wyspałaś się?- Zapytała
-No trochę.- Odpowiedziałam wycierając łzy, które napłynęły mi do oczu odkąd zobaczyłam jej najmłodsze dziecko
-Płakałaś?- Allie była zdziwiona
-Nie. Po prostu... Joachim jest tak bardzo podobny do Andreasa.- Powiedziałam unikając jej wzroku
-Och, kochanie.- Wypowiedziała te słowa z miłością i przytuliła mnie do siebie, a ja rozpłakałam się jak dziecko, do którego dotarło, że już nigdy więcej nie zobaczy swojej ulubionej zabawki.
Po tej chwili płaczu, pozbierałam się do kupy i oznajmiłam:
-Dziękuję, Allie, że jesteś tu teraz ze mną.- Powiedziałam to tuląc się do niej
-Nie ma sprawy kochanie. Rozumiem, że jest ci ciężko bez mamy. Wiem to, ponieważ sama straciłam mamę w dosyć młodym wieku. Pamiętam, że wtedy zastąpiła mi ją moja babcia, ale ty chyba masz daleko do dziadków prawda?
-Tak. Są w Norwegii. Allie...- Zaczęłam; dosyć trudno było mi mówić o mojej mamie i bracie, ale czułam potrzebę wyżalenia się jej-...Zazwyczaj nie rozmawiam z tatą na TEN temat, ponieważ boję się, że straci swój optymizm. Że zacznie to rozpamiętywać i będzie się obarczał wyrzutami sumienia, dlatego chciałabym ci wszystko opowiedzieć.
-No dobrze. Jeśli tego chcesz, ja cie wysłucham. Tylko czy jesteś tego w stu procentach pewna?
-Tak, jestem.- Oznajmiłam twardo i zaczęłam opowiadać- Straciłam mamę i młodszego brata w wieku jedenastu lat. Pamiętam, że to była niezwykle mroźna zima. Moja mama i Andreas byli na koncercie muzycznym, a my z tatą zostaliśmy w domu, ponieważ tata się źle czuł i ktoś musiał się nim opiekować. Koncert miał się zacząć o dwudziestej, a zakończyć godzinę później. Bardzo zaczęliśmy się martwić, kiedy po godzinie dwudziestej trzeciej nie wrócili do domu. Pamiętam, że kilka minut później zadzwonił nasz domowy telefon. Odebrałam go ja, ponieważ tata zasnął. Po drugiej stronie był policjant, który kazał mi zawołać osobę dorosłą. Obudziłam tatę i zaczął rozmawiać z nim. Do tej pory pamiętam wstrząśniętą minę mojego taty, jak zrobił się cały blady na twarzy, a jego ręce zaczęły drżeć. Po zakończonej rozmowie ruszył szybko do przed pokoju i zaczął się ubierać, a później kiedy był ubrany, ubrał mnie. Jechaliśmy do hali koncertowej w ciszy, a kiedy dojechaliśmy kazał mi zostać w samochodzie. Przed sobą miałam widok zawalonego budynku, ognia, kilkunastu wozów straży pożarnej oraz kilka wozów policyjnych i sporo karetek. Na początku nie wiedziałam co się stało, lecz później wszystko do mnie dotarło. Następnym obrazem jaki ujrzałam była kłótnia mego ojca ze strażakiem, który usiłował mu coś wytłumaczyć, a mój tata szarpał się chcąc pobiec do miejsca wypadku. Cały czas siedziałam w aucie i obserwowałam to co rozgrywało się przed moimi oczami. W końcu widząc, że strażak nie ustąpi tata wrócił do samochodu i zaczął płakać. Pamiętam, że pociągnęłam go za rękaw kurtki i zapytałam o co chodzi, wtedy odpowiedział, że była jakaś wada instalacji i wybuchł pożar, przez który zawalił się dach hali koncertowej zgniatając wszystkich, którzy tam byli. Więcej informacji nie potrzebowałam. Na początku siedziałam nieruchomo i starałam się jakoś przetrawić tą informację. Zaczęłam ciężko i gwałtownie oddychać ledwo łapiąc oddech. Później płakałam głośniej niż tata. Kilka minut później w szybę zapukał policjant, który poprosił tatę o identyfikację zwłok, które znaleźli w szczątkach budynku. Znów kazał mi zostać w samochodzie i poszedł sam. Poczekałam chwilę i wrócił z powrotem z nisko opuszczoną głową. Odpalił silnik i wróciliśmy do domu. Do dnia pogrzebu prawie wcale się do siebie nie odzywaliśmy. Później odcięliśmy się od naszej bolesnej przeszłości. Sprzedaliśmy wszystkie instrumenty jakie zostały po mamie i Andreasie, dom i pola uprawne, bo wtedy głównie żyliśmy z rolnictwa. Następnie wyjechaliśmy jak najdalej od Norwegii. Dojechaliśmy do Paryża i tutaj się osiedliliśmy. Później już nigdy więcej o tym nie mówiliśmy.- Zakończyłam swą historię
-Och... To... Boże, ciężko mi się wypowiedzieć. Jestem po prostu wstrząśnięta. Ileś wy przeszliście. A możesz mi powiedzieć ile lat miał wtedy Andreas albo o ile lat był od ciebie młodszy?
-Andreas miał wtedy sześć lat. Czyli był młodszy ode mnie o pięć lat.
-Czyli teraz miałby tyle ile ty miałaś wtedy...
-Tak. Masz rację.- Zgodziłam się z nią lekko smutna
-Ale pamiętaj kochanie. Masz swojego tatę, mnie, swoją przyjaciółkę Carrie, tak? Chyba dobrze pamiętam jej imię...
-Skąd wiesz o Carrie?
-Johan mówił, że często spędzacie ze sobą czas na przerwach oraz czasami cię odwiedza. - Odpowiedziała, a ja znowu byłam zdziwiona, że chłopak mówi tak wiele o mnie swojej rodzinie; stawało się to już dosyć irytujące...

Carrie
Przeżyłam. Cały dzień nie miałam styczności z panem Chodzący Ideał i dzięki Bogu za to, ale niestety jeszcze ten dzień się nie skończył, choć bardzo bym tego chciała. Moje życzenie jednak nie zostało spełnione i pod koniec uroczego dnia w szkole stało się to:
- Gdzie tak lecisz, słońce? - Zapytał się jak gdyby nigdy nic.
- Możesz przestać mnie tak nazywać? Spieszy mi się, mam swoje plany na dziś.
- Wybacz, kotku, ale musisz je zmienić. Od teraz będziesz zajęta czymś innym.
- Nie myśl, że możesz mi rozkazywać.
- Ja nie myślę, ja to wiem. Poza tym, zdaje mi się, że chcesz, aby twoja przyjaciółka była z dala od tego wszystkiego i raczej chcesz żeby była w jednym kawału.
- Czy ty mi właśnie grozisz? Bo chyba wiesz co, dobra, pójdę z tobą, ale masz dać Jenn święty spokój, już nie będziesz jej dokuczał tak jak mi, po prostu nie będzie dla ciebie istniała. Zgoda?
- Niech tak będzie, ale jeśli ty złamiesz umowę to ona pożałuje za ciebie. Jasne?
- Jasne.
- A teraz wsiadaj do samochodu.
- Dobra. - Rzuciłam i wsiadłam.
Po sekundzie on uczynił to samo. Ruszyliśmy z parkingu szkoły z zawrotną szybkością. Jechaliśmy przed siebie, nic nie mówiliśmy, tylko słuchaliśmy muzyki lecącej z radia. W pewnym momencie nie mogłam się oprzeć temu, aby zacząć śpiewać, ponieważ leciała moja ulubiona piosenka. Tak mnie korciło żeby otworzyć usta i aby z nich wypływały dźwięki. W końcu nie wytrzymałam, zaczęłam nucić i niestety zauważył to Aiden.
- Jak chcesz, możesz śpiewać, o ile nie ogłuchnę.
- Wiesz, dzięki za pozwolenie, ale nie skorzystam.
- Jak sobie życzysz.
- Powiesz mi w końcu dokąd jedziemy?
- Dowiesz się na miejscu.
- Chcę wiedzieć teraz. - Odparłam stanowczo, może nawet zbyt stanowczo jak na mnie.
- Coś ty taka nie w sosie? - Zapytał się z nutką wesołości w głosie.
- Po prostu mam ochotę, się dowiedzieć, gdzie mnie wywozisz.
- Po pierwsze, zostajemy w mieście, a po drugie, sama wsiadłaś do tego samochodu z własnej woli, więc nie porywam cię i działam całkowicie legalnie.
- To  powiesz mi w końcu, gdzie JEDZIEMY? - Specjalnie podkreśliłam słowo jedziemy, bo cały czas łapał mnie za słówka, a to było strasznie denerwujące, a tym bardziej, gdy on to robił.
- Jedziemy do mnie do domu, nie będę cię wtajemniczał w mój cudowny plan pod szkoła, gdzie wszyscy mogą nas podsłuchać, w moim pokoju nikt nas nie usłyszy.
- Niby kto by chciał słuchać tego, co masz mi do powiedzenia?
- Wierz mi albo nie, ale takich ludzi w szkole jest cała masa.
- Niech ci będzie. Im szybciej to załatwimy, tym szybciej będę od ciebie wolna.
- Gdzie ci tak śpieszno, słodziutka?
- Wszędzie, byle z dala od ciebie.
- Oo, jaka zadziorna. Może lizaczka też kupić dla dzieciaczka?
- Jak chcesz, to możesz sobie kupić lizaczka, bo ja już wydoroślałam, w przeciwieństwie do niektórych.
- I kto tu się wymądrza? - Zadał mi pytanie retoryczne, ale i tak chciałam mu odpowiedzieć, jednak nie dał mi dojść do słowa i sam zaczął nawijać. - A wracając do tematu, nie jestem aż tak okrutny jak ci się wydaje, są gorsi ode mnie. - Puścił do mnie oczko, co jeszcze bardziej mnie wnerwiło.
- Może i są gorsi, ale i tak dla mnie będziesz tym najgorszym, bo tamci nic mi nie zrobili, a ty... Ty zniszczyłeś mi połowę życia. - Powiedziałam z gniewem w głosie.
- Nie, nie, moja droga, ja ci nie zniszczyłem życia, sama to zrobiłaś. Ja ci tylko pokazałem, jak życie potrafi być okrutne dla takich istot jak ty.
- A od kiedy tak się o mnie martwisz, co?
- Odkąd mam na to ochotę.
- Jesteś nie do zniesienia.
- I nawzajem, moja księżniczko.
- Przestań! - Wrzasnęłam.
- Co? Co mam przestać?! - Zaczynał mnie coraz bardziej irytować.
- Przestań nazywać mnie tak. Mówię ci już to po raz chyba dziesiąty, nie nazywaj mnie tymi słodkimi przezwiskami, którymi obdarzasz każdą dziewczynę w tym mieście.
- To jak mam ciebie nazywać, wasza wysokość.
- Jeśli byłbyś taki łaskawy, to mów do mnie Carrie.
- Dobrze, Carrie.
Resztę drogi spędziliśmy w ciszy, ale nie dlatego, że nie miałam nic do powiedzenia, ale dlatego że zasnęłam ukołysana piosenkami lecącymi z radia, a do tego miałam pod sobą te wygodne siedzenie, które sprawiało, że nie chciało mi się w ogóle wysiadać z auta. Mogłam na nim siedzieć, na siedzeniu oczywiście, i nie wstawać. Ten fotel był jak moje łóżko, moją nową miłością, z którą nie chciałam się nigdy rozstawać. A dlaczego te porównanie, a dlatego że kocham swoje łóżko ponad życie i nie oddałabym go za Chiny. Było dla mnie najdroższe, jako rzecz materialna, bo ludzi do rzeczy materialnych nie wliczam. Ludzie to ludzie, istoty mające duszę, ciało i uczucia, które potrafią dokonywać rzeczy najwspanialszych, bo to co czujemy opisuje nas samych i pokazuje jacy jesteśmy oraz mówi innym to, czego nie potrafimy wyrazić za pomocą słów.
Gdy nadszedł czas wysiadki, Aiden wyjątkowo delikatnie mnie zbudził, ale i tak mu się oberwało. Daję słowo, że nie specjalnie, ale moja pięść jakimś cudem uderzyła w jego zgrabny nosek. Tak, specjalnie mówię zdrobniale na jego części ciała i nie tylko, aby mu się odwdzięczyć za te przeurocze słodkie słówka, które przez pół dnia tak mnie denerwowały.
- Wstawaj śpiochu, książę na białym koniu przybył, aby cię uratować z rąk potwora.
- Jakoś nigdzie nie widzę mojego księcia z bajki.
- Właśnie przed tobą stoi.
- Możesz sobie pomarzyć.
- Spokojnie, wiem, że nie możesz się oprzeć mojemu urokowi.
- Nie sądzisz, że powinieneś skończyć z tą nazbyt wielką pewnością siebie?
- Nie, nie sądzę. A powiem ci więcej, myślę, że mój poziom pewności siebie jest tam, gdzie powinien być. - I na tym skończyła się nasza szaleńczo interesująca konwersacja do czasu, gdy weszliśmy do jego ogromnego pokoju, a nie, przepraszam, apartamentu prezydenckiego. Jego jeden pokój wyglądał jak jakaś rezydencja.
Pokój Aidena był w barwie ciemnoszarej, a wszystkie meble i urządzenia były z górnej półki. Cała najnowsza technologia do użytku dla nastolatków znajdowała się w tym pomieszczeniu. Jego łóżko, a właściwie ogromne łoże mogło pomieścić ze stado słoni, albo tabun kochanek. Ale tak na serio, nigdy nie widziałam tak cudownej rzeczy na świecie oczywiście nie licząc mego łóżeczka i siedzenie w samochodzie Aidena. Prawdę mówiąc, najchętniej walnęłabym się na to łóżko i poszła śnić o moim księciu z bajki, ale nie o Aidenie ma się rozumieć. Poza tym, nie potrafiłabym wyobrazić sobie Aidena w lśniącej zbroi, którą nosili średniowieczni rycerze z opowieści o królu Arturze i rycerzach okrągłego stołu. A wracając do tematu wyglądu pokoju, to na środku sypialni stała kanapa, a na przeciwko niej wisiała ogromna plazmówka, która prosiła się,  aby ktoś ją włączył. Niedaleko łóżka znajdowała się szafa, a raczej bogato wyposażona garderoba, której ja nawet nie miałam, a byłam córką właścicielki firmy kosmetycznej i pisarza, co wiązało się z tym, że jako dziewczyna powinnam mieć więcej ciuchów niżeli jakikolwiek chłopak. Po drugiej stronie pomieszczenia stało biurko, a raczej trzy, na których stały nowoczesne komputery, a mówiąc komputery mam na myśli monitor, myszkę, klawiaturę itp., a nie sama jednostkę centralną. Gdzieś jeszcze zauważyłam wielką szafkę z książkami, którymi nie były podręczniki, a prawdziwe książki i to jeszcze te najnowsze, których jeszcze nie zdołałam przeczytać! U niego w pokoju mogłam czuć się jak w niebie, gdyby nie obecność właściciela tego wspaniałego apartamentu.
Po tym jak zrobiłam mały przegląd pokoju, chłopak się odezwał.
- Zamierzasz tak się przyglądać mej sypialni, czy może zaczniemy omawiać to, po co tu przyjechaliśmy? - Zapytał mnie, wyrywając przy tym z mego wewnętrznego monologu, który był dość ciekawy.
- Myślę, że możemy zacząć.
- To dobrze, ale musisz być w pełni skupiona, potem odwrotu nie będzie.
- I tak nie mam możliwości na nie wyrażenie zgody, więc zaczynaj nawijać.
- Co prawda, to prawda. No więc, będziemy musieli udawać przed naszymi rodzicami, że jesteśmy parą. No wiesz, będziemy chodzić na "randki" i w ogóle, będziemy podtrzymywać iluzję zakochanych gołąbeczków, więc będziesz musiała spędzać ze mną dość dużo czasu. Oczywiście poza wzrokiem naszych rodziców, będziesz mogła robić co ci się żywnie podoba, mnie to tam nie obchodzi, ale co najważniejsze. MASZ UDAWAĆ ZAKOCHANĄ WE MNIE DO SZALEŃSTWA.
- Po co miałabym to robić i to w dodatku z tobą?
- Bo, po pierwsze, wyjdzie to na dobra naszym rodzicom i ich interesom, a po drugie, we dwoje na tym skorzystamy. Tobie i tej twojej przyjaciółeczce, Jenn, nie będę, jak to ujęłaś, marnował życia, a mnie za to ojciec da święty spokój i nie będzie mi truł co noc nad uchem, że powinienem w końcu znaleźć sobie porządną dziewczynę itp.. Kumasz?
- Okej. - Przystałam na jego propozycję, bo wiedziałam, że w inny sposób nie da mi nigdy spokoju i nigdy nie będę mogła żyć normalnnie, bo będę czuła jego oddech na plecach.
- Tylko pamiętaj, nie mów nikomu o naszym układzie. Jak ktokolwiek się dowie to będzie i po tobie i po twojej przyjaciółeczce no i na końcu, po mnie. Jasne?
- Jasne jak słońce. - Aż zachichotałam, mimo że to nie było w ogóle na miejscu. - A czy teraz mógłbyś odwieźć mnie do domu? Nie chcę spędzić tu nocy.
- Czyżby nie podobała ci się perspektywa spędzenia nocy w tym łóżku. - Wskazał na łóżko, które mogło być moją największą miłością mego życia. W końcu wzięłam się w garść i odpowiedziałam poważnie i stanowczo.
- Z tobą? Nigdy.
- Nie musisz być taka oziębła. Możesz być spokojna, nie zamierzałem migdalić się z tobą w tym łóżku, ale skoro już masz takie myśli to ja nie mam nic przeciwko.
-  A idź ty w cholerę. Tylko jedno ci w głowie.
- Nie tylko jedno, ale nie mam nic przeciwko tej JEDNEJ rzeczy.
- Z resztą jak każdy facet.
- Tu się akurat z tobą zgodzę. A teraz, jeśli pozwolisz, to odwiozę cię do twojej wieży.
- Tylko na to czekałam. - Powiedziałam dość optymistycznie, co rzadko się zdarzało w jego towarzystwie.
- Dało się to zauważyć. - On chyba zawsze musiał mieć ostatnie słowo.
Wreszcie się stało to, na co czekałam cały dzień. Wróciłam do domu. Mimo że byłam zmęczona, a raczej wyczerpana, to wypełniało mnie szczęście, dlatego że w końcu powróciłam do mojego małego królestwa, jakim był mój skromny pokój.
Wzięłam odprężającą kąpiel z bąbelkami, posłuchałam w między czasie ukochanej muzyki, a na koniec ułożyłam się wygodnie pod ciepłą kołderką i poszłam spać, nie przejmując się kolejnym i ostatnim dniem szkolny.

czwartek, 16 czerwca 2016

Rozdział 4 (Środa)

Carrie
Wstałam z łóżka niewyspana i wyglądałam gorzej niż potwór Frankensteina. Z racji, że dzisiaj była środa, miałam na późniejszą godzinę, co mnie bardzo cieszyło. Chodzenie do szkoły na ósmą było straszne, a wstawanie o szóstej, jeszcze gorsze.
Tak więc po wykonaniu wszystkich porannych czynności, byłam już gotowa do wyjścia, ale oczywiście musiałam wstać o godzinę za wcześnie, a z tego powodu nie miałam co robić. Jenn pewnie jeszcze śpi, a większej ilości znajomych nie mam  dlatego też, usychałam z tęsknoty za przyjaciółką, bo nie miałam z kim pisać na Messengerze. I właśnie z tego powodu musiałam wynaleźć sobie nowe zajęcie, aby umilić sobie czas oczekiwania na cholerną szkołę, która powoli stawała się coraz większym utrapieniem.  Tak wiec wzięłam ostatnią część Darów Anioła i kontynuowałam czytanie tej ciekawej lektury.
Gdy w końcu przyszedł czas, aby tata zawiózł mnie do szkoły ( tak, naprawili jego auto), ten zaspał i gdy spytałam czemu on jeszcze w piżamach, tata powiedział mi, że zapomniał i że nic się nie stanie, jak jeden dzień nie pójdę do szkoły. Jasne, byłam trochę na niego zła za to, że zaspał, ale skoro pozwalał mi zostać w domu, nie mogłam się na niego dłużej gniewać. W końcu, nie codziennie tata mówi, że zostaję w domu, gdy nie jestem chora i nic mi nie jest.
Zdjęłam z siebie tzw, szkolne ciuchy i ubrałam się w ciepłą piżamkę. Usadowiłam się z powrotem w moim ukochanym łożu i powróciłam do utęsknionych objęć Morfeusza.
Szłam holem naszego liceum w pięknej czarnej sukni wieczorowej. Cały przedsionek był pięknie przyozdobiony. Kroczyłam pewnie przed siebie i w końcu dotarłam do celu, hali sportowej, na której odbywał się bal maskowy. Gdy weszłam do pomieszczenia, oczy wszystkich obecnych znalazły się na mej osobie z niewiadomego mi powodu. Nagle tłum zaczął się rozstępować dzielić na dwie strony. Tam gdzie była przestrzeń szedł chłopak. Był dla mnie tajemnicą. Nie miałam możliwości ujrzenia jego twarzy, gdyż była zasłonięta maską, a przynajmniej mi się tak wydawało. Wiedziałam tylko, że ma szaroniebieski oczy, które były cholernie uwodzicielskie i które sprawiały, że kolana pode mną miękły. Chciałam na nie patrzeć przez cały czas, ale nie mogłam. Bo...
I się obudziłam. Chciałam wrócić jeszcze raz do snu, ale nie mogłam, nie potrafiłam, a może jednak nie chciałam, ale oczy chłopaka utkwiły na zawsze w mej pamięci. Wciąż widziałam je bardzo wyraźnie i nadal mogłam stwierdzić, że są bardzo pociągające. Nigdy czegoś takiego nie czułam, a tym bardziej z powodu czyichś oczu.
Wygrzebałam się z łóżka o południu i włączyłam muzykę na laptopie na fula, bo nikogo oprócz mnie nie było w domu. Tata pojechał do wydawnictwa, a mama wciąż siedziała w pracy. Lubiłam być sama w domu, bo mogłam zrobić wszystko na spokojnie i z niczego się nikomu nie musiałam tłumaczyć. Tak, więc po jakichś 10 minutach wyłączyłam muzykę, a w zamian odpaliłam od nowa wszystkie sezony „Once upon a time” i oglądałam, bo nie miałam w sumie nic do roboty. Chciałam pójść do Jenn, ale ona dopiero wróciła z szpitala do domu dlatego też, nie chciałam przeszkadzać jej w cieszeniu się faktem, że w końcu jest w domu. Poza tym, na pewno miała inne sprawy do roboty niż zajmowanie się mą osoba.

Jenny
Rano obudził mnie tata:
-No wstawaj śpiochu. Czas wracać do domu.- Powiedział cichym głosem
-To już jest środa?- Zapytałam ocierając po części z niedowierzania, a po części z niewyspania oczy.
-Tak.- Odparł krótko opróżniając moją etażerkę i wkładając jej zawartość do plecaka, który przyniósł
-No to świetnie!- Oznajmiłam i już miałam wstać z łóżka, kiedy mój ojciec mnie powstrzymał
-Nie wstawaj! Specjalnie wypożyczyłem dla ciebie wózek...
-Co?!- Wrzasnęłam głośno- Tato... Nie jestem JESZCZE kaleką i mogę się poruszać na własnych nogach samodzielnie. A co jeżeli ktoś będzie tego wózka potrzebował??- Zganiałam swego ojca, a on spokojnie odpowiedział
-Lekarz powiedział wyraźnie: masz odpoczywać i nie nadwyrężać pleców. Więc teraz siadaj mi tu na wózek, bez dyskusji!- Wiedziałam, że mój tata jest mega uparty (tak jak ja), więc posłusznie usiadłam na wózku
-Wiesz jak się to prowadzi?- Chciałam się upewnić, czy nie spowodujemy jakiejś kolizji
-Spokojna głowa. Nie takie rzeczy się prowadziło.- Zaśmiał się i popchał wózek do wyjścia.
Uprzejmie pożegnałam się z Janette i opuściliśmy szpital.
Gdy wreszcie dojechaliśmy do domu pokonując korki czuliśmy wielki tryumf. Już chciałam wysiąść, gdy nagle mój tata znalazł się przy drzwiach pasażera, wziął mnie na ręce i zaniósł do domu. Położył mnie na kanapie i nakazał się nie ruszać z miejsca. W tym czasie poszedł zabrać plecak z moimi gratami z samochodu i zamknąć nasz wóz. Ja sobie leżałam na kanapie i delektowałam się zapachem ciasta migdałowego. Szczerze mówiąc nie wiem skąd ono się tutaj wzięło, ponieważ mój tata nie umie piec ciast, a mamy już z nami nie ma... Gdy wreszcie tata wrócił zadałam mu pytanie dotyczące tego zapachu:
-Skąd masz ciasto?
-A skąd wiesz o cieście?- Zapytał szczerze zdziwiony
-Tato... Jestem myśliwym, węch mam lepszy niż pies myśliwski.- Przypomniałam mu
-Ach. No tak. W takim razie twój nos zepsuł ci niespodziankę...
-Sam piekłeś?- Zapytałam nagle
-Nie. Poprosiłem o pomoc Allie.
-Kto to jest Allie?- Zdziwiłam się, nigdy wcześniej nie słyszałam tego imienia
-Ech. Jest matką Johana i naszą sąsiadką.- Odparł
-Serio?! To aż tak się polubiliście?- Byłam wstrząśnięta, że nasz sojusz z  Jäger'ami przeradza się w sąsiedzką przyjaźń
-Tak. Dać ci te ciasto czy nie?
-Dawaj.- Byłam strasznie głodna i nawet zignorowałam fakt, że to pyszne ciasto było wyrobem naszych byłych wrogów.
-I jak? Smakuje?- Zapytał
-Nom. Jest strasznie słodkie i smaczne.- Odparłam z pełną buzią co było nieodłącznym elementem mego niechlujstwa 
-W takim razie i ja wezmę trochę.- Odrzekł i również się poczęstował ciastem; zjedliśmy je razem.
Po najedzeniu się ciasta tata powiedział, że musi na chwilę pojechać do sklepu, bo stara się naprawić nasz stary motor. Tak więc zostałam sama w domu z pilotem, telefonem, słuchawkami, książkami, laptopem i toną jedzenia pod ręką. Byłam lekko poirytowana jego nadmierną troskliwością o mnie, chociaż gdybyśmy się zamienili rolami robiłabym to samo dla niego co on dla mnie. Nooo oprócz noszenia na rękach... Pod względem charakteru byłam identyczna jak tata. Nazbyt opiekuńcza, uparta, odważna, bardzo rzadko wredna, waleczna, pewna siebie, mało dziewczęca i dobra w sportach. Natomiast po mamie mało odziedziczyłam, tylko głos, poczucie sprawiedliwości oraz odpowiedzialności, ambicje i kreatywność. Cóż, Andreas był idealną kopią mamy, pod jakim kątem by nie spojrzeć...
Trochę się wynudziłam oglądając telewizor. Nie wchodziłam na facebook'a, ponieważ wszyscy moi znajomi (łącznie z mą najlepszą przyjaciółką) byli w szkole. Powoli zaczynałam błagać Boga, by sie ten dzień szybciej skończył. Nie lubiłam nie chodzić do szkoły i nadrabiać stracone lekcje w domu. W końcu mój telefon za wibrował na stoliku do kawy, a ja rzuciłam się na niego jak wygłodniały lew na kawałek soczystego mięsa. Dostałam SMS-a od taty:
-Wolisz hamburgera czy cheeseburgera? P.S. Tak, jestem w Mac'u.- Z radości, aż podskoczyłam na kanapie, po czym szybko mu odpisałam:
-Cheesseburgera + duży waniliowy shake.
-Ok. Będę za 30 minut.
Odłożyłam telefon z powrotem na miejsce i czekałam na mego ojca.
Po jego powrocie najedliśmy się fast food'ami do syta po czym mój tata zaprosił do nas męską część rodziny naszych sąsiadów oprócz najmłodszego syna. Nie chciałam się widzieć z Johanem. To było dla mnie zbyt upokarzające dziękować wrogowi, za uratowanie tyłka. Nooo, teraz już byłemu wrogowi, ale ma niechęć do niego nadal pozostała. Tak więc starałam się jakoś wtopić w tapczan i udawać, że mnie nie ma. Niestety nie wyszło mi to, gdyż zanim zdążyłam się nakryć kołdrą i zamknąć oczy, nasi goście siedzieli już na skórzanych fotelach po mojej lewej stronie:
-Więc jak się dzisiaj czujesz Jenn?- Zapytał pan Bruno
-Jenny...- Poprawiłam go; nie lubiłam, gdy ktoś kogo nie lubiłam zwracał się do mnie krótszą wersją mego imienia -Dziękuję, dobrze.
-No to świetnie. Ej, Hans. A ubiegałeś się o odszkodowanie?- Zawrócił się myśliwy do mojego taty
-Nieee...
-No to leć, stary! Fortunę na tym odszkodowaniu zbijesz!- Zachęcał go nasz sąsiad
-Hah, nie ja tylko Jenn. A poza tym mam na tyle honoru, by nie ubiegać się o jakąś kase. Z czasem przyjdzie mu odpokutować za niedouczenie syna zachowywania się wobec dziewcząt.
-W sumie masz rację, ale gdyby jego synalek pobił moją małą Gretę to bym mu łapy poukręcał i jeszcze język odciął i...
-Już wystarczy tato. Wszyscy zrozumieli o co ci chodzi.- Odezwał się po raz pierwszy Johan
-No. Mniej więcej tak to by wyglądało.- Odrzekł dumny z siebie pan Jäger- Ej, Hans, chcesz może zapalić?
-Nie, dzięki. Już nie palę...
-Oj no dawaj. Jedno cygaro ci nie zaszkodzi.- Namawiał go pan Bruno, a mój ojciec popatrzył na mnie jakby pytając o zgodę, a ja kiwnęłam głową na znak, że może iść spokojnie zapalić. I wtedy wyszli z salonu i zostawili nas samych. Przez chwilę pożałowałam swojej decyzji, ale wiedziałam, że mój tata uwielbia cygara, więc nie mogłam się nie zgodzić. Mój wewnętrzny monolog przerwał chłopak:
-Nie bolą cię plecy?
-Nie.- Odparłam krótko
-Noo too... chyba dobrze...- Jakoś nasza rozmowa była marna 
-Słuchaj- Zaczęłam pewnie- Nadal cię uważam za swojego rywala, więc nie myśl, że ze mną pójdzie ci tak łatwo jak z moim ojcem.- Posłałam mu wrogie spojrzenie, a on się zaśmiał
-Myślisz, że przez dwa lata nie zdążyłem cię poznać? Wiem, że tak łatwo nie odpuścisz, więc nie liczę na to, że tak szybko się do nas przekonasz.
-I dobrze myślisz!- Odparłam nadąsana
-A chcesz ciasteczko?- Zapytał nagle, a mój wzrok powędrował na stoliczek do kawy, na którym leżały ciasteczka
-Nie. Nie lubię ich.- Odrzekłam, a jego oczy sie zaświeciły
-Też ich nie lubię.
-Cóż za niespodzianka.- Odparłam z ironią w głosie i udawanym zaskoczeniem
-Zabawna jesteś.- Zauważył
-A ty upierdliwy.
-Wiem. To moja cecha rozpoznawcza.
-Taa.
-Jaką bronią lubisz się posługiwać podczas polowań?- Zapytał nagle i trafił w mój najwrażliwszy punkt; zaczęłam gadać jak najęta, myślistwo to był mój konik od dziecka
-Hmm... Najlepsza jest strzelba, później wole kuszę, ale tą bardziej nowoczesną, następnie jest łuk z zatrutymi strzałami, a na samym końcu sztylety. Lubię też zastawiać pułapki takie jak sidła albo doły.
-Wow. Sporo wiesz i lubisz.- Był lekko zdziwiony- A jaki typ polowań najbardziej lubisz?
- Uwielbiam pościgi. Są takie emocjonujące! Gonisz zwierzynę i nagle dostajesz takiego kopa,że biegniesz prawie na równi z nią. A później naciągasz cięciwę łuku i bach. Zdobycz twoja. No i oczywiście trzeba jeszcze jej ulżyć, ale tym zajmuje się tata...
-Czyżby brutalna łowczyni imieniem Jenn bała się widoku krwi?- Zapytał rozbawiony
-Wcale nie boję się widoku krwi! Po prostu nie lubię im odbierać życia. Wole je łapać.
-Ciekawie.
-A ty?
-Wiesz co jest najbardziej irytujące? Gdy pytasz swoją rywalkę o to co najbardziej podoba się jej w polowaniach oraz jaką bronią lubi się posługiwać, a ona ci odpowiada to samo, co ty byś odpowiedział.- Odrzekł
-Taaa na pewno...- Popatrzyłam na niego spode łba, a on tylko przechylił głowę i się we mnie wpatrywał; wyglądał dosyć... Nie! Nie powiem o nim tego!!! To sprzeczne z moją naturą...- Błagam nie patrz tak na mnie. Wyglądasz jak debil.
-Ależ ty miła jesteś.- Fuknął i wbił się w fotel obrażony; szczerze mówiąc Johan zazwyczaj sprawia wrażenie czujnego obserwatora, dosyć surowego i brutalnego osobnika, a tu proszę... jak pięciolatek, który drażni się ze swoją starszą siostrą. Przesiedzieliśmy w ciszy do powrotu naszych ojców. Co jakiś czas chłopak rzucał mi ukradkowe spojrzenia, dostrzegałam to kątem oka. Po jakichś trzydziestu minutach pogadanki o francuskiej drużynie piłkarskiej w końcu pan Bruno i Johan opuścili nasz dom, a tata zaniósł mnie na górę do łazienki i kazał się w miarę możliwości umyć oraz gdy już skończę i będę w piżamie bym go zawołała. Zrobiłam tak jak nakazał, chociaż muszę przyznać, że miałam nie mały problem z umyciem się i zmianą ubrania. Kiedy skończyłam zawołałam go, a on znów wziął mnie na ręce i położył do łóżka. Poleżałam z trzy godziny czytając mangę online na tablecie, a później obejrzałam kilka odcinków anime ,,Kuroshitsuji". Bolące oczy były oznaką, że więcej dzisiaj odcinków nie obejrzę, tak więc odłożyłam tablet na etażerkę i poszłam spać. W taki sposób zakończyłam swój mega nudny dzień.



Carrie
Około godziny szesnastej pozbierałam się do kupy i postanowiłam wyjść na miasto. Za bardzo się już wynudziłam w domu, aby dalej w nim siedzieć. Wsadziłam wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy do torby, w tym telefon, słuchawki i portfel, i wyszłam. 
Poczekałam z pięć minut na autobus, na pewno nie więcej, a po dotarciu na miejsce, czyli centrum handlowe, zaczęłam łazić po sklepach i szukać nowych fajnych ciuchów i nie tylko. W sumie, to najbardziej interesowały mnie książki, ale mniejsza z tym. W każdym razie, gdy tak sobie się przechadzałam po galerii, zauważyłam kilka bardzo interesujących rzeczy. Po pierwsze, dowiedziałam się kiedy miała być w końcu premiera "Pani Nocy" Cassandry Clare, a po drugie, to ujrzałam suknię z mojego snu, co było dość dziwne.
Zajrzałam do sklepu, w którym jak się okazało, była wyprzedaż, a tak naprawdę sprzedawali taniej suknie z nowej kolekcji w pierwszy weekend po wystawieniu. Fajny sklep, no nie? A wracając do tematu, to kupiłam ta sukienkę, zbyt mi się podobała żebym jej nie kupiła, a poza tym była dość tania jak na taka kreację. Chyba zakochałam się w niej, od pierwszego wejrzenia we śnie, a teraz na jawie. Torebka, w której była moja nowa sukienka, nie była zbyt wielka i nie zajmowała zbyt dużo miejsca, więc schowałam ją wraz z zawartością do torby, którą zawsze nosiłam przy sobie,
Nim się obejrzałam, była już dwudziesta i była pora na to, abym w końcu wracała  do domu, bo rodzice by się zaczęli o mnie martwić. Tak, więc ruszyłam krótszą drogą w stronę przystanku, bo było jasne, że gdybym poszła na autobus dłuższą, nie wyrobiłabym się na przedostatni kurs.   
Szłam ciemną uliczką, gdzie blask świateł z lamp ulicznych ledwo docierał. Było dość cicho jak na tą okolice, gdzie zawsze słychać było odgłosy silników samochodów. Dziś był wyjątek, a może jednak nie...
Nagle usłyszałam warkot silników i ujrzałam samochody chłopaków czekających na to, aż wyścig się zacznie. Nigdy nie sądziła, że w tej właśnie prawie zapomnianej ulicy zaczną się wyścigi. A wracając do tematu, to jeden z samochodów należał do mojego odwiecznego wroga, Aidena. Jego auto była dla mnie najłatwiej rozpoznawalne, bo było najdroższe i jego silnik wydawał piękne odgłosy. 
Po chwili samochody przekroczyły linię startu i ruszyły po wyznaczonej trasie. Okazuje się, że linia startu była także linią mety, czyli wszyscy zawodnicy robili kółko. Niestety tak się złożyło dla mnie niefartownie, że moje sekretne przejście było częścią trasy. Oznaczało to dla mnie, że musiałam poczekać, aż chłopacy skończą wyścig. Trochę mnie to zasmuciło, a zarazem uszczęśliwiło, bo uwielbiałam patrzeć na wyścigi, chociaż były nielegalne w prawie wszystkich krajach, a może nie, z resztą nie wiem. Ale tak, lubiłam auta, choć nie miałam swojego, mimo to posiadałam prawo jazdy i genialnie radziłam sobie z samochodami. Czasem, gdy jeździłam do Wenecji w czasie wakacji, mój brat cioteczny pożyczał mi swoje cudeńko i pozwalał nim jeździć. Zawsze byłam strasznie szczęśliwa, gdy siadałam za kółkiem.
Kierowcy byli już w połowie trasy, czyli została już im tylko druga połowa,a to oznaczało, że wkrótce będzie koniec wyścigów na dzisiaj. Czekałam i czekałam, aż wszyscy uczestnicy przekroczą metę, ale najważniejszą osobą z nich wszystkich był zwycięsca, którym okazał się Aiden, jak zawsze z resztą. Był szkolnym mistrzem kierownicy, co wiązało się z tym, ze licealiści albo go kochali albo szczerze nienawidzili. Ja byłam po środku, bo moja nienawiść nie była aż zawisła. Aż tak bardzo mi nie zalazł za skórę, chociaż nie mogę powiedzieć, że go lubię, bo denerwuje mnie jak cholera i nie daje mi żyć, więc jest moim wrogiem numer jeden.
Gdy było już po tym całym wyścigu, ulice zaczęły się powoli zwalniać, chociaż wciąż było od groma ludzi, którzy chcieli pogratulować zwycięscy lub też powiedzieć, że to jeszcze nie koniec. Ja po prostu chciałam sobie spokojnie przejść, ale mi się nie udało. Oczywiście musiały zawyć syreny policyjne, a tak się składało, ze stałam prawie na środku miejsca przestępstwa, a na domiar złego postać Aidena zauważył mą osobę. Spanikowałam. Nie miałam zielonego pojęcia co robić, a nie, w sumie miałam, wiać!
Zaczęłam biec przed siebie ledwo patrząc gdzie prowadzą mnie moje nogi. Zbyt się bałam teraz, aby się tym przejmować. Niewiele dźwięków dochodziło do mych uszu, słyszałam pisk opon samochodów i swój przyśpieszony oddech. Biegłam wciąż przed siebie starając się też dotrzeć na przystanek, aby w końcu wrócić do domu i mieć za sobą cały ten koszmar. Ale coś się zdarzyło dla mnie całkiem niespodziewanego...
Auto Aidena zatrzymało się przede mną. Drzwi samochodu od strony pasażera się otworzyły i usłyszałam głos właściciela bryki.
- Carrie, wsiadaj, już! - Rozkazał mi, a że jestem bardzo posłuszna, to wsiadłam. - Co ty tu do cholery robisz?! -  Zapytał się mnie zdenerwowany, gdy wsiadłam.
- Jeśli tak bardzo to cię interesuje, to starałam się wrócić do domu, dopóki wasz powalony wyścig nie zastawił mi drogi powrotnej.
- To wiele wyjaśnia. Ale czemu do jasnej ciasnej nie mogłaś pójść na około skoro zobaczyłaś, że jest wyścig? - Odezwał się do mnie, gdy jego emocje już trochę opadły, czyli po pięciu minutach jazdy.
- Bo bym nie zdążyła na autobus. Jest  coś takiego jak rozkład, a według niego, byłabym spóźniona o dwie minuty.
- Aha. Wiesz, że nie powinnaś tamtędy chodzić, to niebezpieczna okolica. - Nie wiem od kiedy on miał prawo, aby mi matkować, a poza tym sam tam przebywał, więc...
- I to mi mówi ten, który sprawił, że tamte miejsce stało się niebezpieczne dla zwykłych ludzi. - Rzuciłam lekko poirytowana.
- Na pewno ktoś mądrzejszy od ciebie.
- Ja zamierzasz tak do mnie gadać, to mnie wypuść z auta. Nie zamierzam słuchać twojego gderania panie Gówno Mnie Obchodzi Co Myślisz, Ale Jesteś Skazana Na Mą Łaskę.
- A jeśli szanowna pani Odpierdol Się Ode Mnie Popaprańcu, nie zamknie się w końcu, to sam ją uciszę.
- Ciekawa jestem, w jaki sposób tego dokonasz.
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
- I tak już jestem w piekle.
- Stąd do piekła, droga daleka.
- Z tobą to wszędzie jest jak w piekle.
- A czy zdajesz sobie sprawę, że właśnie uratowałem cię z jeszcze gorszego miejsca niż mój samochód.
- Tak, wiem. I zdaję sobie sprawę z tego, że będziesz oczekiwał jakiejś zapłaty.
- I tu się z tobą zgodzę, skarbie.
- Błagam, tylko nie nazywaj mnie "skarbie".
- To jak mam cię nazywać, kotku.
- Najlepiej w ogóle się do mnie nie odzywaj. Mów czego chcesz i będzie po sprawie.
- Dowiesz się w swoim czasie, kochanie. - I puścił do mnie oczko. Tak mój najgorszy wróg to zrobił, wkurzył mnie jak nikt inny do tej pory.
Resztę drogi do mojego domu przejechaliśmy w ciszy. Gdy przyszła pora, abym wyszła z wozu, złapał mnie za rękę i rzekł:
- Wiedz, że któregoś dnia upomnę się o swoją zapłatę. -  Powiedział tajemniczym głosem.
-  Jak mogłabym o tym zapomnieć. Już na sam twój widok będzie mi się to przypominało.
- I dobrze, przynajmniej będziesz wiedziała, że ode mnie nie uciekniesz. Nigdy. -Podkreślił swe ostatnie słowo.
- I bez tego o tym dobrze pamiętam. Przypominasz mi o tym co dnia, jak mogłabym, wiec zapomnieć.
Po mojej odzywce już nic nie powiedział, po prostu odjechał, a ja w końcu poszłam do domu. Tak bardzo pragnęłam gorącej kąpieli, że mogłabym zabić.
Dopiero gdy weszłam na górę, do swojego pokoju, zauważyłam kilka nieodebranych połączeń od Jenn, wcześniej tego nie zrobiłam, bo padł mi telefon. Było dość późno, więc postanowiłam, że  nie będę teraz do niej oddzwaniać, bo na pewno śpi, bidulka. Strasznie było mi jej szkoda i bardzo za nią tęskniłam. Nie wiedziałam, jak sobie poradzę z tym wszystkim bez niej. Była moja opoką, jak to niektórzy mówią, mogłam zawsze się dal niej z wszystkiego wyżalić i wiedziałam, że ona mnie wysłucha i jakoś doradzi. Była dla mnie jak siostra, której nigdy nie miała. była dla mnie rodziną.