Wieczorem przyśnił mi się koszmar. W mym śnie byłam w pustej szkole nocą. Sceneria niczym z amerykańskiego horroru. Światła migały, wszystkie sale były otwarte na oścież, a na ścianach była krew. Wiedziałam, że ta krew należała do moich znajomych i przyjaciół. Bałam się wchodzić do sal, gdyż miałam przeczucie, że kryje się w nich coś znacznie gorszego niż obcy z filmu ,,Obcy kontra Predator", którego od dzieciństwa się bałam... Jednak nie miałam innego wyboru i weszłam do pierwszej, lepszej sali. Już wchodziłam do pomieszczenia, gdy nagle się obudziłam, cała zalana zimnym potem. Mój oddech był przyśpieszony, tak jak bicie mego serca. Przełknęłam głośno ślinę i sprawdziłam godzinę. Na wyświetlaczu mego telefonu wyświetlała się trzecia czternaście. Westchnęłam i wstałam z łóżka. Starając stawiać delikatnie kroki zeszłam na dół i usiadłam na kanapie. Starałam się jak najszybciej zapomnieć o tym co przed chwilą widziałam we śnie. Nagle rozległ się odgłos kroków, a ja spanikowana położyłam się na kanapie, by osoba, która schodziła na dół mnie nie zauważyła. Usłyszałam odgłos otwieranej lodówki oraz jakby ktoś coś pił. Delikatnie wyjrzałam z mej kryjówki i ku mojej uldze był to nikt inny jak Johan. Właśnie pił zimne mleko z gwinta i gdy mnie dostrzegł mało się nie zakrztusił:
-A ty co tu robisz?? Wiesz jak mnie wystraszyłaś?- Wyszeptał wycierając sobie mleczne wąsy
-Wybacz, nie mogłam zasnąć, więc przyszłam tutaj.- Skłamałam, chcąc uniknąć niepotrzebnych pytań i czułości chłopaka
-Serio? Trzeba było przyjść do mnie...
-A ty czemu nie śpisz?- Zainteresowałam się
-Cierpię na bezsenność.- Odparł krótko i wziął łyk mleka
-Aha, spoko... Może ja już chyba pójdę?- Rzekłam i już wstawałam z kanapy, gdy chłopak mnie powstrzymał
-Jeśli chcesz możesz przyjść do mnie. Obecnie oglądam film na laptopie, więc jeżeli też nie możesz spać, to ja nie mam nic przeciwko byś oglądała ze mną.- Zaproponował
-Na prawdę nie byłoby to dla ciebie problemem?- Zapytałam bardziej siebie niż jego
-Jasne, że nie. Chodź.- Chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą na góre do swojego pokoju.
I znów znalazłam się w tym miejscu, które bezlitośnie przypominało mi o tym, co tutaj zaszło w sobotę. Starałam sie o tym nie myśleć, lecz było to dosyć trudne. Johan zamknął za nami drzwi i zapalił światło. Cóż... W pokoju panował istny chaos. Ubrania były praktycznie wszędzie, kołdra leżała na podłodze razem z poduszkami, a książki zajmowały całe biurko:
-Wiem, że najczyściej tu nie jest, ale chyba się nie obrazisz?
-Raczej nie.- Pocieszyłam go; zauważyłam, że nie zwracałam się już do niego z taką wrogością jak wcześniej
-No to siadaj.- Zaproponował pokazując na łóżko, które było pozbawione czegokolwiek- Jak chcesz możesz wziąć sobie poduszki i kołdrę.
-A tobie się nie przydadzą?- Zapytałam
-Nieee, gorąco mi jest.- Odparł szybko, po czym wziął laptopa z biurka i usiadł z nim koło mnie- Co chcesz obejrzeć?
-A co masz?- Odpowiedziałam pytaniem
-Co tylko chcesz.- Odrzekł śmiejąc się
-Hmm... Masz może ,,Igrzyska Śmierci: Kosogłos cz.1"?
-Mam.- Powiedział i zaczął szukać wyznaczonego przeze mnie filmu, a ja szczelnie okryłam się jego kołdrą, która była przyjemnie ciepła.
-Johan...- Zaczęłam
-Nom.
-...Czy ja... Czy ja ci sie podobam?- Zapytałam nieśmiało patrząc gdzieś w bok, a on nagle przestał szukać, odłożył laptop i popatrzył się na mnie jakby zbierając myśli
-Czy mi się podobasz?- Powtórzył pytanie drżącym głosem i rumieniąc się- Wiesz...- Podrapał się po nosie i się do mnie zbliżył; z każdą sekundą jego twarz było co raz bliżej mojej. Gdy już stykaliśmy się nosami wyszeptał tak cicho, że ledwo usłyszałam:- Dla mnie jesteś najpiękniejszą dziewczyną jaką kiedykolwiek w życiu widziałem, Jenn.- Pogładził swą ręką mój policzek i kontynuował swoją wypowiedź- Odkąd się tu pojawiliśmy zawsze cię obserwowałem i podziwiałem. Byłaś dla mnie jak bogini i jakikolwiek kontakt z tobą, nawet kłótnia dawała mi radość z tego, że mogę być obok ciebie i rozmawiać z tobą. Wiem, że to brzmi bardzo dziwnie i zapewne uznasz mnie za wariata, ale ja cię kocham...
-Wow...Johan, ja...- Zatkało mnie; przez kilka lat myślałam, że on jest moim wrogiem numer jeden, a tu nagle okazuje się, że on po prostu był we mnie zakochany-Ja... Nie wiem co powiedzieć...- Bardzo mocno się zarumieniłam i powoli od niego odsunęłam, tak że dotykałam plecami ściany, a on jeszcze bardziej się do mnie zbliżył
-Powiedz to co myślisz.- Poradził szeptem lekko onieśmielony, a za razem ciekawy mej odpowiedzi
-Myślę, że...Ch-chyba już pójdę.- Szybko zerwałam się z łóżka i potruchtałam do swojego pokoju, gdy nagle chłopak złapał mnie za rękę (ach te jego długie ręce...) i przyciągnął do siebie, po czym otoczył mnie ramionami w żelaznym uścisku
-Błagam, powiedz mi, Jenn. Ty wiesz, że ja nigdy bym cię nie skrzywdził...- Zapewniał mnie
-A wiesz, że gadasz jak psychopata?- Zapytałam
-Serio?- Odpowiedział pytaniem szczerze zdziwiony
-Tak, a teraz puść mnie, bo obudzę cały dom.- Zagroziłam, a on mnie puścił
-Przepraszam...- Westchnął i wstał po to, by odłożyć laptop na biurko; stałam lekko oszołomiona i zmieszana; nagle zdałam sobie sprawę, że go przez cały czas raniłam; postarałam się przez krótką chwilę wczuć w jego sytuację i szczerze mówiąc, gdybym powiedziała chłopakowi, że mi się podoba, a on by mnie odtrącał i myślał o mnie jak o wariatce, to bynajmniej szczęśliwa bym nie była, no ale kurka, przecież ja go nie kocham! Możemy być TYLKO przyjaciółmi, nikim więcej!
-To ja przepraszam...- W końcu się odezwałam- Nie powinnam była ciebie cały czas odtrącać i obrażać.- Spuściłam nisko głowę i patrzyłam na swe nogi; nagle zauważyłam stopy Johana, które były przed moimi i były o wieeele większe
-Nie musisz mnie przepraszać.- Podniósł moją głowę do góry i posłał ciepły uśmiech- Nie ważne jak bardzo mnie skrzywdzisz, ja dalej będę cię kochał. Kochał, aż do końca mych dni, chociażby w samotności...- To wyznanie na tyle mną wstrząsnęło, aż się poryczałam jak dziecko i z emocji przytuliłam się do niego; ściskałam go mocno, a on wziął mnie na ręce i zaniósł do mojego tymczasowego pokoju, po czym położył na łóżko i usiadł obok:
-Idź już spać, zmęczona jesteś.- Poradził mi i już miał zamiar wstawać, gdy złapałam go za dłoń i zawyłam
-Nie zostawiaj mnie! Ja... Ja nie chcę być sama...- Zaszlochałam, a on przytulił się do mnie opierając swój policzek o moją głowę
-Zostanę ile będziesz tylko chciała.- Szepnął, a ja kiwnęłam głową twierdząco
-Johan, ja chyba nie jestem jeszcze gotowa na posiadanie chłopaka. Nie chcę, byś był na mnie zły czy coś...
-Mogę poczekać!- Zadeklarował
-Nie, posłuchaj. Nie chciałabym cię całkiem odtrącać, więc czy nie moglibyśmy zachowywać się jak rodzeństwo? W sensie być blisko siebie, ale nie za blisko. Wiesz, jak starszy brat i młodsza siostra...- Zaproponowałam
-A może związek bez zobowiązań?- Podał inną propozycję
-Czyli?- Nie miałam pojęcia o co mu chodziło
-Noo, że jesteśmy razem, ale możemy umawiać się z innymi itp...- Opowiedział szybko w skrócie
-To jak być w związku, a za razem jak w nim nie być... To głupie!- Zaprotestowałam
-Ale to jedyne wyjście w tej sytuacji.- Oznajmił
-Noo może i tak...- Fuknęłam przyznając mu rację; faktem było to, iż nie chciałam go ranić oraz to, że na oku miałam już jednego chłopaka; ostatecznie się zgodziłam
-No i fajnie.- Podsumował
-Ale wprowadźmy pewne zasady!- Zadeklarowałam
-Zasady?
-Tak.
1. Nie okazujemy uczuć w miejscach publicznych
2. Nie atakujesz każdego chłopaka, z którym rozmawiam
3. Nie chodzisz cały czas za mną; masz trzymać się ode mnie na dystans co najmniej czterech metrów
4. Nikomu nie mówimy o tym, że jesteśmy razem
5. Możesz mnie objąć tylko za moim pozwoleniem (Gdy tylko to powiedziałam, Johan odskoczył ode mnie jak poparzony)
6. Ty gotujesz.
-I tylko tyle?- Zapytał zdziwiony
-A co, chcesz więcej?- Odpowiedziałam pytaniem drocząc się
-Nie!- Zaprotestował szybko
-No i dobra. Zapisz to wszystko sobie gdzieś i idź spać.- Oznajmiłam kładąc głowę na poduszkę
-Jak sobie życzysz.- Rzekł uśmiechając się i nagle zapytał- Mogę?
-Co możesz?
-Noo boo mówiłaś, że mogę cię przytulać tylko za twoją zgodą...
-Ech, tutaj możesz.- Również się uśmiechnęłam, a on podszedł i mnie przytulił, po czym życzył dobrej nocy i zniknął za zamkniętymi drzwiami; westchnęłam głośno i zasnęłam
Carrie
Wstałam o świcie. Nie dałam razy spać, a do tego umierałam z głodu i pragnienia. Nie pozostawało mi nic, tylko zejście na paluszkach na dół i poszperanie w lodówce. No cóż, taki los głodomora. Jenn nawet czasem mówiła o mnie jako chodzący przewód pokarmowy, bo mogłam jeść i jeść czasem bez końca, a wciąż byłam głodna. Na szczęście takie sytuacje ostatnio prawie w ogóle się ne zdarzały, pewnie przez stres i szkołę, która co chwila staje się coraz większym ciężarem na mych barkach. Nie przypuszczałam, że w tym roku będzie taki natłok pracy, no bo przecież dopiero zaczynam naukę w tym liceum, a tu już kartkówki i sprawdziany lecą jak z nut. Jak dla mnie to za dużo i to jeszcze w pierwszym semestrze, a do tego wszystkiego dochodzi teraz moje kalectwo, które będzie mi towarzyszyło jeszcze przez jakiś czas, to jest nieuniknione. Po prostu jestem straszną niezdarą, mimo że się nie urodziłam w piątek trzynastego, czyli oznacza to tylko jedno. Ktoś w rodzinie miał strasznego pecha i przekazał go mnie. Wychodzi również na to, że nie mieli zbyt wielkiego szczęścia w miłości, bo ja również go nie posiadam, gdyż czepia się tylko mnie nieszczęśliwa nieodwzajemniona miłość, która nie daje mi nigdy spokoju. Jak zakocham się w jednym to ten ma inną lub boję się powiedzieć mu co czuje albo po prostu uważa mnie w ciul brzydką. Ostatecznie zakończyłam mój głupi oraz bardzo bezsensowny monolog i w końcu poszłam na dół po żarcie do lodówki. Postawiłam na szybki posiłek, więc miałam do wyboru albo płatki albo kanapki albo jogurt. Wybrałam jogurt. Zabrałam go do swojego pokoju i tam go wypiłam i przy okazji zerknęłam na wyświetlacz telefonu ukazujący godzinę drugą trzynaście. Nie było zbyt wcześnie ani zbyt późno, czyli było idealnie na położenie się do łóżka o raz drugi, czym nie potrafiłam pogardzić, tak samo jak bym nie pogardziła, gdybym dostała żyjącego Deamona z Obsydianu autorstwa pani Jennifer. Gdy wstałam ponownie, przyszedł czas aby szykować się do szkoły, której tak nie cierpię. Tak więc zaczęłam od podstawowych czynności, dzięki którym choć trochę przypominałam człowieka, a nie zombie. Nie powinno nikogo zdziwić, że miałam małe utrudnienie w ich wykonaniu, ponieważ moja noga była teraz ogromnym dla mnie balastem, którego nie miałam możliwości się pozbyć. No niestety, musiałam sobie jakoś poradzić z tym niedogodnieniem, do którego się już powoli przyzwyczajałam. Zbyt wiele razy coś sobie robiłam, aby nie mieć już wprawy w tym i owym. Gdy byłam już po wszystkich zabiegach upiększających postanowiłam zjeść śniadanie, bo mój brzuch wydawał wcześniej nieznane mi odgłosy.
- Widzę, że ktoś tu jest głodny. - Wyśpiewał tata.
- I to bardzo. - Podeszłam do taty i ucałowałam go w policzek. - Co na śniadanko? - Zatarłam już rękawy do jedzenia.
- Dzisiaj jemy jajka z bekonem. - Wyświergotał aż ze szczęścia.
- Pyszotka. - Oblizałam językiem wargi, gdy tata postawił mi pod nos pachnące jedzonko.
- Wcinaj ile wlezie, musisz mieć dużo energii, pamiętaj o tym. - Tycnął mnie palcem w czubek nosa.
- Pamiętam, tatku, ale mam nadzieję, że i ty pamiętasz o tym, że dziś zawozisz mnie do szkoły.
- Oczywiście, że pamiętam, kruszynko.
- Tato, możesz przestać na mnie tak mówić? - Zapytałam się, robiąc przy tym słodkie oczka, na które nie potrafił się oprzeć.
- Ale taka prawda. - Powiedział to i poszedł siorbać tą swoja czarną fusiastą kawę, której nie lubiłam.
Po moim bardzo porządnym posiłku, poszłam na górę po swoje rzeczy i zeszłam z powrotem na dół, gdzie mój tata czekał już przygotowany do wyjścia, a wtedy zadzwonił dzwonek od drzwi. Tak więc otworzyłam je a w nich stał sam diabeł wcielony.
- Dzień dobry, panie Swan. - Przywitał mojego tatę, który stał tuż za mną.
- Witaj, Aidenie. - Odrzekł mój tata.
- Czy nie miałby pan nic przeciwko, gdybym zawiózł dzisiaj pańską córkę do szkoły? - Zapytał się bardzo ładnym wypowiedzeniem, co dało mu plusa w oczach mego ojca.
- Jeśli to nie byłby kłopot, to nie widzę przeciwwskazań. - Odrzekł mój tatko.
- Oczywiście, że nie. - Od razu opowiedział mu chłopak.
- No to jedźcie, bo jeszcze się spóźnicie. - Powiedział zbyt entuzjastycznie mój rodzic.
- Do widzenia, panu.
- Papa, tato.
- Żegnajcie dzieci. - I oto w ten dziwny sposób rozpoczął się mój dziwny dzień.
W samochodzie co chwila Aiden na nie zerkał, a raczej na moją nogę. Chyba coś mu się nie podobało w jej wyglądzie albo coś go bardzo zaskoczyło. W każdym razie to było jak na niego bardzo niespotykane i naprawdę naprawdę dziwne. (wiem, że dwa razy napisałam to samo). Trudno było się mi przez to skupić, bo moje myśli wciąż krążyły wokół gapiących się paczadeł Aidena.
- Czy mógłbyś łaskawie, się nie lampić tak na moją nogę? - Zapytałam się go, bo już nie wytrzymywałam. Po prostu nie cierpiałam, gdy ktoś się na mnie gapił, bo mnie to denerwowało i też onieśmielało.
- Czemu się tak irytujesz?
- Nie odpowiedziałeś na pytanie. - Zauważyła.
- Ty też nie. - Spostrzegł.
- Zapytałam się pierwsza. To jak, nie będziesz się na mnie tak gapił? - Zapytałam się po raz drugi.
- Nie gapie sie na ciebie, ale na twój gips. - Podkreślił.
- A to nie to samo? - Powiedziałam wyraźnie zirytowana.
- Nie, gdybym się na ciebie gapił, to bym patrzył ci w oczy, gdyby oczywiście to było moim celem, ale nim nie jest. Ja patrzę się na gips, czyli na rzecz, którą umieszczono na twojej nodze. - Wyjaśnił mi bardzo jasno i klarownie.
- Acha... To wiele wyjaśnia. - Powiedziałam w końcu.
- Nie sądzisz?
- Sądzę, że jesteś strasznie pyszałkowaty. - Odgryzłam się, bo wyczułam w jego słowach pewien sarkazm.
- Skoro ty tak mówisz, to na pewno tak jest. - Puścił do mnie oczko, jak to miał zwyczaj robić.
Gdy ostatecznie zaparkowaliśmy na parkingu szkolnym, niemal wyskoczyłam z auta i zaczęłam niczym truchtać do tej szkoły, która była teraz moim wybawieniem z rąk szatana.
- Gdzie tak pędzisz, młoda damo? - Zawołał do mnie.
- Stary się odezwał - Mruknęłam pod nosem, a po chwili odezwałam się do Aidena. - Do szkoły. A co nie mogę? - Odezwałam się bardzo śmiale i odważnie, jak nigdy dotąd.
- Możesz, jednakże nie powinnaś tak bardzo przeciążać nogi. W ten sposób ni wrócisz szybko do zdrowia. - Zwrócił mi uwagę głupek jeden.
- A ty co? Lekarz? - Rzuciłam niemile, co nie było zbyt często u mnie widziane. Musiałam mieć paskudny humor, aby do kogokolwiek tak się odzywać.
- Nie lekarz, ale jak na razie twój osobisty opiekun. - Opowiedział równie niesympatycznie jak ja. Chyba nie chciał być gorszy.
- A to z jakiej racji?! - Mało brakowało, abym krzyknęła.
- Bo twój ojciec mnie o to wczoraj poprosił! - Uniósł chłopka głos.
- Że co?!?! - Byłam bardzo zaskoczona, bo mój tata nigdy nie wywijał takich numerów.
- To co słyszysz. - Już mówił spokojnym i opanowanym głosem.
- Dobra, może i ci powiedział,a le nie chcę abyś się wtrącał do mojego szkolnego czycia, czyli wara ode mnie na kilometr w szkole. Zrozumiano?!
- Boże, widzisz, a nie grzmisz. - Powiedział. - To dla twojego dobra. Dlaczego musisz być taka uparta?
- Nie zmienisz świata, zmień siebie. - Jakoś coś mnie naszło żeby to powiedzieć.
- Co cię nie zabije, to cię wzmocni, Ja cię nie zabiję, więc wzmocnię.
- Od kiedy ty taki życiowy jesteś?
- Od zawsze. - I tu właśnie wyczułam kolejny sarkazm. Z tą chwilą złość mi przeszła, a zagościł w mym sercu smutek z nie wiadomo jakiego powodu.
- Dobra, koniec tej kłótni, idę na lekcję.
- Dobra. - I tak po prostu odszedł bez pożegnania, ale w sumie sama chciałam to zrobić, więc jak mogłam się na niego złościć.
Gdy szłam powoli pod salę lekcyjną od biologi, zderzyłam się z czymś miękkim i o mało nie uderzyłam o podłogę, ale zostałam uratowane przez ciepłe duże dłonie. Spojrzałam do góry i mym oczom ukazała się piękna twarz Jeremy'ego .
- Nic ci nie jest? - Zapytał tym swym ślicznym głosem, który wprowadzał mnie w zachwyt.
- J-jasne, dzięki za uratowanie mnie przed spotkaniem z podłogą.
- Nie ma za co, piękna.
- Jest za co. Mało brakowało, abym była jeszcze większą kaleką niżeli jestem. - Powiedziałam cichym i milutkim głosem, bo byłam onieśmielona i do prawdy zachwycona.
- Oj tam, oj tam. To przeze mnie o mało nie wylądowałaś na podłodze, więc teraz powinienem cię przeprasza albo przynajmniej się przestawić.
- Nie musisz robić żadnej z tych rzeczy. Wiem jak się nazywasz.
- Do prawdy? - Zapytał z zaskoczeniem. - Skoro wiesz jak ja się nazywam, to sądzę, że byłoby uczciwie, gdybym i ja poznał twoje imię o piękności. - Był taki szarmancki, ale nie wiedziałam, że jest również taki... taki... taki..., aż zabrakło mi słów by opisać jego niesamowitość
- Mam na imię Carrie.
- Ta Carrie?
- Jaka "ta Carrie"?
- No ta od bycia niezwykle piękną niezdarą?
- Nie wiedziałam, że jest jeszcze inna Carrie niż ja i że też jest niezdarą?
- Wiem tylko, że mam na nazwisko Swan i jest córką pisarza i bizneswoman.
- To ktoś w ogóle mnie tak nazywa?
- Nooo... wiele chłopaków z tego co słyszałem. - Powiedział lekko zawstydzony. Myślałam, że faceci tacy jak on nie czują wstydu.
Zadzwonił dzwonek i zniszczył mi tę przepiękną chwilę.
- No to do zobaczenia wkrótce, mam nadzieję.
- Ja też. Pa. - jakimś cudem popędziłam pod salę lekcyjną i zdążyłam nim nauczyciel się zjawił.
Reszta dnia minęła mi bardzo żmudnie, ale jakoś wytrwałam resztę lekcji i podróż do domu z Aidenem. Gdy byliśmy już niedaleko budynku pożegnałam się i wyszłam z auta jak najszybciej.
Weszłam do domu jak burza i popędziłam na górę, aby wziąć kąpiel i udać się na upragnioną drzemkę, która tak mi się marzyła przez cały dzień. Gdy wykąpałam się, ubrałam się w cieplutkie dresy i udałam się na spoczynek. Nie obudziłam się, aż do rana.
Jenny
Rano obudziłam się w dosyć nietypowy sposób. Zawsze gdy ktoś patrzy na mnie podczas snu budzę się. Tak było i tym razem, a osobą, która mnie podziwiała był mały Joachim:
-Hej.- Przywitałam się powoli otwierając oczy
-Ojej! Obudziłem cię!- Wystraszył się; był ubrany w ciemno zieloną bluzkę i szare dresy
-Nie! Wcale nie!- Zaprotestowałam szybko- Ja już po prostu wstałam. Zawsze mam tak w zwyczaju.- Zapewniałam go
-Serio? Uff... Już się wystraszyłem, że mama na mnie nakrzyczy.- Zaśmiał się lekko zakłopotany i w tym momencie do pokoju wtargnął Johan
-Te, młody, wypad.- Powiedział bez ani krztyny wesołości, a jego młodszy brat szybko opuścił pomieszczenie
-Czemu byłeś dla niego taki niemiły?- Zapytałam oburzona; bardzo lubiłam Joachima ( z oczywistych powodów...)
-Jest zbyt ciekawski jak na swój wiek...- Uciął i zaczął mi się w ciszy przyglądać
-No co?
-Wyglądasz inaczej...
-No i...?
-Hmmm, chyba eksperymentowałaś z fryzurą tak?- Zażartował, a ja prychnęłam śmiechem
-Amerykę odkryłeś.- Zaśmiałam się
-Nie Amerykę, tylko twoją drugą naturę.- Oznajmił z dumą opierając się o framugę drzwi
-Idź z tym do telewizji.- Popatrzyłam na niego z kpiną i wygramoliłam się z łóżka sprawdzając godzinę- 6:30? Serio?
-Nom. My wcześnie wstajemy.- Odparł chłopak
-O Boże... Ja przy odrobinie szczęścia wstane o dziesiątej sama.
-Na prawdę?- Uniósł brew i zaczął do mnie podchodzić
-Eeee!- Zwróciłam mu uwagę
-Ach no tak... Mogę?
-Hmm...- Zastanowiłam się, po czym odpowiedziałam- Jak się ubiorę, więc wypad z pokoju.
-Ok.- Oznajmił i opuścił mój pokój, a ja zostałam w nim sama. Kilka minut później byłam już w miarę ogarnięta i ubrana, został mi tylko makijaż. Podeszłam do mojej torby podróżnej i wyjęłam z niej małą kosmetyczkę. Z jej wnętrza wydobyłam tusz do rzęs oraz korektor, który mniej więcej miał odcień pasujący do mojej skóry. Podczas malowania rzęs do pokoju weszła Greta z zapytaniem co chciałabym zjeść na śniadanie. Odpowiedziałam jej szybko, że cokolwiek i zniknęła. Gdy już zrobiłam się na ,,bóstwo" chwyciłam swój plecak i zeszłam na dół do kuchni, lecz zanim to nastąpiło w drzwiach swego pokoju wpadłam na Johana, który znienacka dosyć mocno sie pochylił i pocałował mnie w czoło:
-Eeeeej!- Krzyknęłam lekko wystraszona i poirytowana
-No co? Powiedziałaś, że mogę jak się ubierzesz!- Szybko się obronił, a ja przeklęłam swoją głupotę i nieuwagę
-Lepiej chodźmy na dół. Już za dziesięć siódma.- Ponaglałam, gdyż nie chciałam być z nim sam na sam
-Jest jeszcze wczee...- Nie dokończył, bo pociągnęłam go za bluzę po schodach na dół.
Gdy już byliśmy w połowie drogi puściłam go i popędziłam na śniadanie. Allie przygotowała francuskie bagietki oraz pełen słój Nutelli. Szybko rzuciłam plecak pod drzwi i czym prędzej siadłam do stołu:
-Hej.- Przywitałam się na początku z matką Johana
-Oh, witaj. Myślałam, że później wstajesz.- Zagadała kobieta
-Niee no co ty. Jestem porannym ptaszkiem!- Skłamałam, ale tylko po to, by chronić małego Joachima, który skradł me serce
-To miło.- Rzekła i powróciła do robienia kanapek do szkoły, lecz nagle zadała mi pytanie- Z czym chciałabyś kanapkę?
-Co? Ach, kanapkę. Nie rób mi! Sama sobie poradzę.- Odparłam jedząc śniadanie
-Och, Jenn. Pozwól się rozpieścić i powiedz z czym lubisz.- Zaśmiała się kobieta
-Ech, skoro nalegasz... Zrób mi z serem i pomidorem.- Oznajmiłam
-Dobrze.- Odpowiedziała krótko i zabrała się za robienie mojego drugiego śniadania
-Mamooo...!- Rozległ się pełen irytacji głos Grety na górze
-Słucham skarbie?
-On znowu zabrał moje słuchawki!- Poskarżyła się nastolatka
-Który?- Zapytała Allie spokojnie
-Johan!- Krzyknęła Greta pełnym żalu głosem
-Johan!- Krzyknęła na Johana jego matka ze złością
-No co? To po pierwsze są MOJE słuchawki, a po drugie mówiłem jej, że je pożyczam.- Bronił się chłopak
-Wcale nic nie mówiłeś!- Wrzasnęła dziewczyna schodząc ze schodów
-Mówiłem!- Odkrzyknął jej brat- Tylko, że ty nigdy mnie nie słuchasz i każesz mi wyp...-Przerwała mu matka
-Eeee bez takich. Macie się natychmiast uspokoić i przeprosić!- Nakazała Allie
-Co tu się dzieje?- Zagrzmiał potężny głos głowy rodziny czyli pana Bruno, który niczym duch nagle pojawił sie po drugiej stronie stołu i popijał poranną kawę
-Nic!- Krzyknęli wszyscy troje jednocześnie i wrócili do swoich standardowych czynności.
Po śniadaniu razem z Johanem wyszliśmy na przystanek autobusowy, a mąż Allie zawiózł pozostałą dwójkę do ich szkół, które znajdowały się w przeciwnym kierunku niż nasze liceum.
Na przystanku staliśmy standardowo jak najdalej od siebie, każde ze słuchawkami w uszach z lecącą w tle ulubioną muzyką.
Po jakichś trzydziestu minutach znajdowaliśmy się już w szkole. Pierwszą moją, a właściwie naszą lekcją był wuef. Bożee... Jak ja nienawidziłam ćwiczyć z rana! No ale cóż... Trzeba to trzeba. Bez zbędnych narzekań przebrałam się w dres i białą koszulkę, po czym usiadłam na ławce przed salą czekając na moje koleżanki z klasy.
Jak się okazało dzisiaj miała być piłka nożna czyli mój ulubiony sport. Nigdy nie byłam za niska do tej gry oraz całkiem nieźle sobie radziłam. Drużyna, w której skład wchodziłam, zawsze osiągała zwycięstwo, więc nie zdziwiłabym się, gdyby i dzisiaj wygrała moja grupa.
Po zakończonym wuefie miałam angielski, więc szybko przebrałam się w swoje codzienne ciuchy i popędziłam pod salę. Oczywiście musiałam po drodze wpaść na Taylora, który jakoś dziwnie się zachowywał:
-Hej!- Przywitałam się radośnie
-O, h-hej.- Zająknął się patrząc w podłogę
-Coś się stało?- Zapytałam patrząc na niego podejrzanie
-N-nie nic!- Odpowiedział za szybko, rozglądając się jakby w obawie przed czyimś spojrzeniem; nagle rozległ się obok nas głos tak irytujący i który znałam na pamięć:
-Ooo tutaj sobie gołąbeczki gruchacie?- Zaśmiał się były oprawca Katie czyli Lider (jak go nazywałam w myślach); Był to chłopak niezbyt wysoki (wyższy ode mnie i mniej więcej równy wzrostem z Taylorem) i umięśniony. Ma włosy czarne jak węgiel oraz złowrogo i chytrze błyszczące zielone oczy. Na ogół niczym szczególnym się nie wyróżnia prócz swojego głośnego zachowania, częstych bójek oraz uszczypliwych uwag i dokuczania.
Tym razem za swój cel obrał mnie i mego towarzysza, który prawdopodobnie przed nim starał się ukryć...
-Czego chcesz?- Zapytałam groźnie
-Cóż, chcę ci tylko uświadomić, że ta łajza nie jest ciebie warta...
-A co, uważasz, że dla mnie jesteś więcej warty niż on? Bardzo śmieszne, dla mnie jesteś nikim! Jesteś zerem, które poniża innych tylko po to, aby dowartościować siebie.- Jak zwykle stanęłam w obronie słabszych
- Zamknij morde szmato! Jesteś nic nie wartym gównem tak samo jak ten, którego bronisz. Ten przydupas i tak nigdy nie będzie...- Nie dokończył, bo mocno uderzyłam go w piszczel, a on zgodnie z moimi oczekiwaniami padł na jedno kolano, co od razu wykorzystałam i sprzedałam mu drugiego kopniaka, tylko tym razem w twarz. Chłopak potoczył się po ziemi, masując swoją szczękę i wycierając ze swoich warg świeżą krew- Ty...!- I znów nie dokończył ,bo zbliżał się nauczyciel biologi- Jeszcze się policzymy.- Zagroził mi i szybko się ulotnił
-Wszystko ok?- Zapytałam się troskliwie Taylora
-N-nie wiem. Chyba tak... Dzięki Jenny.- Wypowiedział swe podziękowanie z ogromnym zakłopotaniem
-Nie ma sprawy. Wyzwiska nie robią na mnie wrażenia.W ogóle nie obchodzi mnie jego opinia co myśli o mnie...- Mruknęłam spuszczając głowę
-Co masz na myśli?- Zapytał nagle
-Nic ważnego.- Szybko na mej twarzy zagościł słodki i wyćwiczony uśmiech, po czym pożegnałam się z nim i poszłam pod salę gdzie miałam mieć angielski. Niczym bumerang wróciły do mnie wspomnienia ze szkoły z Norwegii. Pamiętam, że w tamtym czasie to ja byłam kozłem ofiarnym w swojej klasie z powodu niskiego wzrostu. Nikt mnie nie bronił i nie chcąc martwić rodziców starannie maskowałam wszelkie siniaki i rany. Codziennie spotykałam się z wyzwiskami i poniżaniem. Przy nauczycielach i rodzinie zawsze przyodziewałam maskę szczęśliwej dziewczynki, która dobrze się uczy i non stop się uśmiecha oraz śmieje. Natomiast we własnym pokoju, nocą wypłakiwałam oceany łez. Robiłam to po cichu, w ukryciu. Nie chciałam, by ktokolwiek zmieniał o mnie swoją opinię. Przez te kilka lat zdążyłam wyćwiczyć swój słodki uśmiech, który mówił: ,,Hej wszystkim, jestem Jenn, wszystko u mnie ok, może też się uśmiechniesz?". Gdy wreszcie przeprowadziliśmy sie do Paryża postanowiłam nigdy więcej nie dać się poniżyć. Kiedy dostrzegałam, że ktoś jest gnębiony od razu reagowałam, gdyż brak jakiejkolwiek interwencji mógł spowodować nieszczęście. Wiem o tym dobrze, bo sama byłam kiedyś bliska szaleństwa...
Po lekcjach, jak rzep do psiego ogona przyczepił się do mnie Johan:
-A ty tu czego?- Zapytałam, a raczej mruknęłam
-Pilnuję cię.- Oznajmił- Myślisz, że nie widziałem co działo się na korytarzu?
-A bo ja wiem...
-Nie chcę by oni cię krzywdzili z powodu tego pedała...- Nie dokończył, bo się na niego wydarłam
-On nie jest pedałem!
-To powiedz mi: jaki NORMALNY chłopak chodzi w rurkach i zachowuje się jak baba?
-On jest po prostu wrażliwy i tyle.- Mruknęłam idąc przed siebie, prosto na przystanek
-Może i tak, ale... Zaraz, gdzie ty idziesz?- Zapytał nagle
-Na przystanek.
-Ale który?
-Chcę zobaczyć się z tatą.- Wyjaśniłam krótko
-No dobra. Chodźmy.- Oznajmił i wyrównał ze mną krok, na co zareagowałam zbyt ostro
-Nie ma i nie będzie żadnego MY Johan! Chcę się z nim zobaczyć SAMA! Zrozum to! Nie potrzebuję cie, sama se świetnie radzę...
-No to skoro tak świetnie sobie radzisz to zamieszkaj sobie sama w swoim domu i nie będziesz miała wtedy pretensji do całego świata!- Odparł równie gniewnie chłopak
-A żebyś wiedział, że tak zrobie!- Wrzasnęłam i zaczęłam iść żołnierskim krokiem zostawiając oniemiałego sąsiada w tyle na środku chodnika.
Resztę drogi przebyłam sama. Gdy wreszcie doszłam na przystanek, usiadłam na ławce i czekając na autobus włączyłam muzykę w telefonie na słuchawkach. Byłam strasznie przygnębiona i...sama. Tak. Powoli zaczynałam się czuć jakbym była sama, samiuteńka na tym świecie i nie było osoby, która mnie zrozumie. Chociaż w sumie istniała, a tą osobą była Carrie, tylko że jak zdołałam zaobserwować biedaczka miała nogę w gipsie i chciałam, by trochę ode mnie ,,odpoczęła".
Z mych rozmyśleń wyrwało mnie stuknięcie dwoma palcami w lewe ramię. Powoli wyjęłam słuchawkę z jednego ucha i zadarłam głowę do góry. Nade mną stała cicha i nieśmiała Katie:
-Hej.- Przywitałam się bezbarwnie
-Cześć.- Odpowiedziała lekko onieśmielona na me powitanie- Co ty tutaj robisz? Myślałam, że mieszkasz obok Johana.- Zagadnęła
-Bo mieszkam.- Mruknęłam
-Aha, ciekawie.- Odparła i zapadła między nami cisza; lubiłam ją za to, że nie była taka ciekawska oraz że nie zadawała niepotrzebnych bądź niewygodnych pytań, była po prostu miła i tyle
-A ty gdzie mieszkasz?- Zapytałam lekko zainteresowana moją towarzyszką
-Niedaleko szpitala. Moja ciocia jest pielęgniarką.- Wyjaśniła
-Serio? To ty nie mieszkasz z rodzicami?
-Nie. Oni są w Irlandii. Mnie wysłali do Paryża tylko po to, bym nauczyła się francuskiego i ,,poznała trochę świat".
-Och, spoko.- Rzekłam i w tej chwili nadjechał autobus.
Obie wsiadłyśmy do jego wnętrza, lecz każda siadła na innym miejscu. Tak więc mój ponury humor powrócił i wyglądałam niczym chmura burzowa. Gdy wreszcie dojechałam do szpitala okazało się, że mój tata nadal się nie obudził. Bardzo mnie to zaniepokoiło, lecz doktor zapewniał, że to normalne, ale ja czułam, że to NIE JEST normalne. Postanowiono na nowo przeprowadzić badania i tym razem okazało się, że mój tata ma wstrząśnienie mózgu. Siedziałam na krześle u lekarza, który zajmował się tatą i słuchałam jego wyjaśnień. Mężczyzna tłumaczył mi, że on z tego wyjdzie oraz, że musi odleżeć jeszcze kilka dni i wszystko będzie w porządku. Po tej pogadance weszłam jeszcze na chwilę do sali mego ojca i poleżałam na jego łóżku przytulona do niego. Szczęście, że akurat Janette miała dyżur, bo inna pielęgniarka na pewno pogoniłaby mnie z łóżka chorego. Po godzinie przeleżanej z nieprzytomnym tatą ruszyłam w drogę powrotną do MOJEGO domu. Nie chciałam wracać do domu sąsiadów po swoje rzeczy. Nie dziś. Teraz chciałam tylko położyć się i zasnąć, a najlepiej zasnąć i więcej się nie budzić...
Już kładłam się do łóżka ubrana w swoją drugą piżamę, gdy nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Westchnęłam głośno i niezbyt entuzjastycznie poszłam przywitać mego gościa. Jak się okazało był nim nikt inny jak mój sąsiad...:
-Po co tu przyszedłeś?- Zapytałam zmęczonym tonem
-Wszystko w porządku?- Zamiast odpowiedzi otrzymałam pytanie
-Jak na razie tak...- Odparłam i już miałam zamykać drzwi, kiedy zablokował je butem i wszedł do mego domu.
-Jenn...- Zaczął
-Jeżeli masz zamiar powiedzieć, że mnie kochasz to daruj sobie.- Od razu mu przerwałam
-Posłuchaj mnie. Lubię cię, codziennie martwię się o ciebie, nawet znoszę to, gdy rozmawiasz z Taylorem i patrzysz na niego tak, jak ja patrze na ciebie...
-Wynoś się!- Warknęłam przerywając mu
- Posłuchaj mnie Jenn, chociaż przez chwilę, tylko o tyle cię proszę.
Po moim bardzo porządnym posiłku, poszłam na górę po swoje rzeczy i zeszłam z powrotem na dół, gdzie mój tata czekał już przygotowany do wyjścia, a wtedy zadzwonił dzwonek od drzwi. Tak więc otworzyłam je a w nich stał sam diabeł wcielony.
- Dzień dobry, panie Swan. - Przywitał mojego tatę, który stał tuż za mną.
- Witaj, Aidenie. - Odrzekł mój tata.
- Czy nie miałby pan nic przeciwko, gdybym zawiózł dzisiaj pańską córkę do szkoły? - Zapytał się bardzo ładnym wypowiedzeniem, co dało mu plusa w oczach mego ojca.
- Jeśli to nie byłby kłopot, to nie widzę przeciwwskazań. - Odrzekł mój tatko.
- Oczywiście, że nie. - Od razu opowiedział mu chłopak.
- No to jedźcie, bo jeszcze się spóźnicie. - Powiedział zbyt entuzjastycznie mój rodzic.
- Do widzenia, panu.
- Papa, tato.
- Żegnajcie dzieci. - I oto w ten dziwny sposób rozpoczął się mój dziwny dzień.
W samochodzie co chwila Aiden na nie zerkał, a raczej na moją nogę. Chyba coś mu się nie podobało w jej wyglądzie albo coś go bardzo zaskoczyło. W każdym razie to było jak na niego bardzo niespotykane i naprawdę naprawdę dziwne. (wiem, że dwa razy napisałam to samo). Trudno było się mi przez to skupić, bo moje myśli wciąż krążyły wokół gapiących się paczadeł Aidena.
- Czy mógłbyś łaskawie, się nie lampić tak na moją nogę? - Zapytałam się go, bo już nie wytrzymywałam. Po prostu nie cierpiałam, gdy ktoś się na mnie gapił, bo mnie to denerwowało i też onieśmielało.
- Czemu się tak irytujesz?
- Nie odpowiedziałeś na pytanie. - Zauważyła.
- Ty też nie. - Spostrzegł.
- Zapytałam się pierwsza. To jak, nie będziesz się na mnie tak gapił? - Zapytałam się po raz drugi.
- Nie gapie sie na ciebie, ale na twój gips. - Podkreślił.
- A to nie to samo? - Powiedziałam wyraźnie zirytowana.
- Nie, gdybym się na ciebie gapił, to bym patrzył ci w oczy, gdyby oczywiście to było moim celem, ale nim nie jest. Ja patrzę się na gips, czyli na rzecz, którą umieszczono na twojej nodze. - Wyjaśnił mi bardzo jasno i klarownie.
- Acha... To wiele wyjaśnia. - Powiedziałam w końcu.
- Nie sądzisz?
- Sądzę, że jesteś strasznie pyszałkowaty. - Odgryzłam się, bo wyczułam w jego słowach pewien sarkazm.
- Skoro ty tak mówisz, to na pewno tak jest. - Puścił do mnie oczko, jak to miał zwyczaj robić.
Gdy ostatecznie zaparkowaliśmy na parkingu szkolnym, niemal wyskoczyłam z auta i zaczęłam niczym truchtać do tej szkoły, która była teraz moim wybawieniem z rąk szatana.
- Gdzie tak pędzisz, młoda damo? - Zawołał do mnie.
- Stary się odezwał - Mruknęłam pod nosem, a po chwili odezwałam się do Aidena. - Do szkoły. A co nie mogę? - Odezwałam się bardzo śmiale i odważnie, jak nigdy dotąd.
- Możesz, jednakże nie powinnaś tak bardzo przeciążać nogi. W ten sposób ni wrócisz szybko do zdrowia. - Zwrócił mi uwagę głupek jeden.
- A ty co? Lekarz? - Rzuciłam niemile, co nie było zbyt często u mnie widziane. Musiałam mieć paskudny humor, aby do kogokolwiek tak się odzywać.
- Nie lekarz, ale jak na razie twój osobisty opiekun. - Opowiedział równie niesympatycznie jak ja. Chyba nie chciał być gorszy.
- A to z jakiej racji?! - Mało brakowało, abym krzyknęła.
- Bo twój ojciec mnie o to wczoraj poprosił! - Uniósł chłopka głos.
- Że co?!?! - Byłam bardzo zaskoczona, bo mój tata nigdy nie wywijał takich numerów.
- To co słyszysz. - Już mówił spokojnym i opanowanym głosem.
- Dobra, może i ci powiedział,a le nie chcę abyś się wtrącał do mojego szkolnego czycia, czyli wara ode mnie na kilometr w szkole. Zrozumiano?!
- Boże, widzisz, a nie grzmisz. - Powiedział. - To dla twojego dobra. Dlaczego musisz być taka uparta?
- Nie zmienisz świata, zmień siebie. - Jakoś coś mnie naszło żeby to powiedzieć.
- Co cię nie zabije, to cię wzmocni, Ja cię nie zabiję, więc wzmocnię.
- Od kiedy ty taki życiowy jesteś?
- Od zawsze. - I tu właśnie wyczułam kolejny sarkazm. Z tą chwilą złość mi przeszła, a zagościł w mym sercu smutek z nie wiadomo jakiego powodu.
- Dobra, koniec tej kłótni, idę na lekcję.
- Dobra. - I tak po prostu odszedł bez pożegnania, ale w sumie sama chciałam to zrobić, więc jak mogłam się na niego złościć.
Gdy szłam powoli pod salę lekcyjną od biologi, zderzyłam się z czymś miękkim i o mało nie uderzyłam o podłogę, ale zostałam uratowane przez ciepłe duże dłonie. Spojrzałam do góry i mym oczom ukazała się piękna twarz Jeremy'ego .
- Nic ci nie jest? - Zapytał tym swym ślicznym głosem, który wprowadzał mnie w zachwyt.
- J-jasne, dzięki za uratowanie mnie przed spotkaniem z podłogą.
- Nie ma za co, piękna.
- Jest za co. Mało brakowało, abym była jeszcze większą kaleką niżeli jestem. - Powiedziałam cichym i milutkim głosem, bo byłam onieśmielona i do prawdy zachwycona.
- Oj tam, oj tam. To przeze mnie o mało nie wylądowałaś na podłodze, więc teraz powinienem cię przeprasza albo przynajmniej się przestawić.
- Nie musisz robić żadnej z tych rzeczy. Wiem jak się nazywasz.
- Do prawdy? - Zapytał z zaskoczeniem. - Skoro wiesz jak ja się nazywam, to sądzę, że byłoby uczciwie, gdybym i ja poznał twoje imię o piękności. - Był taki szarmancki, ale nie wiedziałam, że jest również taki... taki... taki..., aż zabrakło mi słów by opisać jego niesamowitość
- Mam na imię Carrie.
- Ta Carrie?
- Jaka "ta Carrie"?
- No ta od bycia niezwykle piękną niezdarą?
- Nie wiedziałam, że jest jeszcze inna Carrie niż ja i że też jest niezdarą?
- Wiem tylko, że mam na nazwisko Swan i jest córką pisarza i bizneswoman.
- To ktoś w ogóle mnie tak nazywa?
- Nooo... wiele chłopaków z tego co słyszałem. - Powiedział lekko zawstydzony. Myślałam, że faceci tacy jak on nie czują wstydu.
Zadzwonił dzwonek i zniszczył mi tę przepiękną chwilę.
- No to do zobaczenia wkrótce, mam nadzieję.
- Ja też. Pa. - jakimś cudem popędziłam pod salę lekcyjną i zdążyłam nim nauczyciel się zjawił.
Reszta dnia minęła mi bardzo żmudnie, ale jakoś wytrwałam resztę lekcji i podróż do domu z Aidenem. Gdy byliśmy już niedaleko budynku pożegnałam się i wyszłam z auta jak najszybciej.
Weszłam do domu jak burza i popędziłam na górę, aby wziąć kąpiel i udać się na upragnioną drzemkę, która tak mi się marzyła przez cały dzień. Gdy wykąpałam się, ubrałam się w cieplutkie dresy i udałam się na spoczynek. Nie obudziłam się, aż do rana.
Jenny
Rano obudziłam się w dosyć nietypowy sposób. Zawsze gdy ktoś patrzy na mnie podczas snu budzę się. Tak było i tym razem, a osobą, która mnie podziwiała był mały Joachim:
-Hej.- Przywitałam się powoli otwierając oczy
-Ojej! Obudziłem cię!- Wystraszył się; był ubrany w ciemno zieloną bluzkę i szare dresy
-Nie! Wcale nie!- Zaprotestowałam szybko- Ja już po prostu wstałam. Zawsze mam tak w zwyczaju.- Zapewniałam go
-Serio? Uff... Już się wystraszyłem, że mama na mnie nakrzyczy.- Zaśmiał się lekko zakłopotany i w tym momencie do pokoju wtargnął Johan
-Te, młody, wypad.- Powiedział bez ani krztyny wesołości, a jego młodszy brat szybko opuścił pomieszczenie
-Czemu byłeś dla niego taki niemiły?- Zapytałam oburzona; bardzo lubiłam Joachima ( z oczywistych powodów...)
-Jest zbyt ciekawski jak na swój wiek...- Uciął i zaczął mi się w ciszy przyglądać
-No co?
-Wyglądasz inaczej...
-No i...?
-Hmmm, chyba eksperymentowałaś z fryzurą tak?- Zażartował, a ja prychnęłam śmiechem
-Amerykę odkryłeś.- Zaśmiałam się
-Nie Amerykę, tylko twoją drugą naturę.- Oznajmił z dumą opierając się o framugę drzwi
-Idź z tym do telewizji.- Popatrzyłam na niego z kpiną i wygramoliłam się z łóżka sprawdzając godzinę- 6:30? Serio?
-Nom. My wcześnie wstajemy.- Odparł chłopak
-O Boże... Ja przy odrobinie szczęścia wstane o dziesiątej sama.
-Na prawdę?- Uniósł brew i zaczął do mnie podchodzić
-Eeee!- Zwróciłam mu uwagę
-Ach no tak... Mogę?
-Hmm...- Zastanowiłam się, po czym odpowiedziałam- Jak się ubiorę, więc wypad z pokoju.
-Ok.- Oznajmił i opuścił mój pokój, a ja zostałam w nim sama. Kilka minut później byłam już w miarę ogarnięta i ubrana, został mi tylko makijaż. Podeszłam do mojej torby podróżnej i wyjęłam z niej małą kosmetyczkę. Z jej wnętrza wydobyłam tusz do rzęs oraz korektor, który mniej więcej miał odcień pasujący do mojej skóry. Podczas malowania rzęs do pokoju weszła Greta z zapytaniem co chciałabym zjeść na śniadanie. Odpowiedziałam jej szybko, że cokolwiek i zniknęła. Gdy już zrobiłam się na ,,bóstwo" chwyciłam swój plecak i zeszłam na dół do kuchni, lecz zanim to nastąpiło w drzwiach swego pokoju wpadłam na Johana, który znienacka dosyć mocno sie pochylił i pocałował mnie w czoło:
-Eeeeej!- Krzyknęłam lekko wystraszona i poirytowana
-No co? Powiedziałaś, że mogę jak się ubierzesz!- Szybko się obronił, a ja przeklęłam swoją głupotę i nieuwagę
-Lepiej chodźmy na dół. Już za dziesięć siódma.- Ponaglałam, gdyż nie chciałam być z nim sam na sam
-Jest jeszcze wczee...- Nie dokończył, bo pociągnęłam go za bluzę po schodach na dół.
Gdy już byliśmy w połowie drogi puściłam go i popędziłam na śniadanie. Allie przygotowała francuskie bagietki oraz pełen słój Nutelli. Szybko rzuciłam plecak pod drzwi i czym prędzej siadłam do stołu:
-Hej.- Przywitałam się na początku z matką Johana
-Oh, witaj. Myślałam, że później wstajesz.- Zagadała kobieta
-Niee no co ty. Jestem porannym ptaszkiem!- Skłamałam, ale tylko po to, by chronić małego Joachima, który skradł me serce
-To miło.- Rzekła i powróciła do robienia kanapek do szkoły, lecz nagle zadała mi pytanie- Z czym chciałabyś kanapkę?
-Co? Ach, kanapkę. Nie rób mi! Sama sobie poradzę.- Odparłam jedząc śniadanie
-Och, Jenn. Pozwól się rozpieścić i powiedz z czym lubisz.- Zaśmiała się kobieta
-Ech, skoro nalegasz... Zrób mi z serem i pomidorem.- Oznajmiłam
-Dobrze.- Odpowiedziała krótko i zabrała się za robienie mojego drugiego śniadania
-Mamooo...!- Rozległ się pełen irytacji głos Grety na górze
-Słucham skarbie?
-On znowu zabrał moje słuchawki!- Poskarżyła się nastolatka
-Który?- Zapytała Allie spokojnie
-Johan!- Krzyknęła Greta pełnym żalu głosem
-Johan!- Krzyknęła na Johana jego matka ze złością
-No co? To po pierwsze są MOJE słuchawki, a po drugie mówiłem jej, że je pożyczam.- Bronił się chłopak
-Wcale nic nie mówiłeś!- Wrzasnęła dziewczyna schodząc ze schodów
-Mówiłem!- Odkrzyknął jej brat- Tylko, że ty nigdy mnie nie słuchasz i każesz mi wyp...-Przerwała mu matka
-Eeee bez takich. Macie się natychmiast uspokoić i przeprosić!- Nakazała Allie
-Co tu się dzieje?- Zagrzmiał potężny głos głowy rodziny czyli pana Bruno, który niczym duch nagle pojawił sie po drugiej stronie stołu i popijał poranną kawę
-Nic!- Krzyknęli wszyscy troje jednocześnie i wrócili do swoich standardowych czynności.
Po śniadaniu razem z Johanem wyszliśmy na przystanek autobusowy, a mąż Allie zawiózł pozostałą dwójkę do ich szkół, które znajdowały się w przeciwnym kierunku niż nasze liceum.
Na przystanku staliśmy standardowo jak najdalej od siebie, każde ze słuchawkami w uszach z lecącą w tle ulubioną muzyką.
Po jakichś trzydziestu minutach znajdowaliśmy się już w szkole. Pierwszą moją, a właściwie naszą lekcją był wuef. Bożee... Jak ja nienawidziłam ćwiczyć z rana! No ale cóż... Trzeba to trzeba. Bez zbędnych narzekań przebrałam się w dres i białą koszulkę, po czym usiadłam na ławce przed salą czekając na moje koleżanki z klasy.
Jak się okazało dzisiaj miała być piłka nożna czyli mój ulubiony sport. Nigdy nie byłam za niska do tej gry oraz całkiem nieźle sobie radziłam. Drużyna, w której skład wchodziłam, zawsze osiągała zwycięstwo, więc nie zdziwiłabym się, gdyby i dzisiaj wygrała moja grupa.
Po zakończonym wuefie miałam angielski, więc szybko przebrałam się w swoje codzienne ciuchy i popędziłam pod salę. Oczywiście musiałam po drodze wpaść na Taylora, który jakoś dziwnie się zachowywał:
-Hej!- Przywitałam się radośnie
-O, h-hej.- Zająknął się patrząc w podłogę
-Coś się stało?- Zapytałam patrząc na niego podejrzanie
-N-nie nic!- Odpowiedział za szybko, rozglądając się jakby w obawie przed czyimś spojrzeniem; nagle rozległ się obok nas głos tak irytujący i który znałam na pamięć:
-Ooo tutaj sobie gołąbeczki gruchacie?- Zaśmiał się były oprawca Katie czyli Lider (jak go nazywałam w myślach); Był to chłopak niezbyt wysoki (wyższy ode mnie i mniej więcej równy wzrostem z Taylorem) i umięśniony. Ma włosy czarne jak węgiel oraz złowrogo i chytrze błyszczące zielone oczy. Na ogół niczym szczególnym się nie wyróżnia prócz swojego głośnego zachowania, częstych bójek oraz uszczypliwych uwag i dokuczania.
Tym razem za swój cel obrał mnie i mego towarzysza, który prawdopodobnie przed nim starał się ukryć...
-Czego chcesz?- Zapytałam groźnie
-Cóż, chcę ci tylko uświadomić, że ta łajza nie jest ciebie warta...
-A co, uważasz, że dla mnie jesteś więcej warty niż on? Bardzo śmieszne, dla mnie jesteś nikim! Jesteś zerem, które poniża innych tylko po to, aby dowartościować siebie.- Jak zwykle stanęłam w obronie słabszych
- Zamknij morde szmato! Jesteś nic nie wartym gównem tak samo jak ten, którego bronisz. Ten przydupas i tak nigdy nie będzie...- Nie dokończył, bo mocno uderzyłam go w piszczel, a on zgodnie z moimi oczekiwaniami padł na jedno kolano, co od razu wykorzystałam i sprzedałam mu drugiego kopniaka, tylko tym razem w twarz. Chłopak potoczył się po ziemi, masując swoją szczękę i wycierając ze swoich warg świeżą krew- Ty...!- I znów nie dokończył ,bo zbliżał się nauczyciel biologi- Jeszcze się policzymy.- Zagroził mi i szybko się ulotnił
-Wszystko ok?- Zapytałam się troskliwie Taylora
-N-nie wiem. Chyba tak... Dzięki Jenny.- Wypowiedział swe podziękowanie z ogromnym zakłopotaniem
-Nie ma sprawy. Wyzwiska nie robią na mnie wrażenia.W ogóle nie obchodzi mnie jego opinia co myśli o mnie...- Mruknęłam spuszczając głowę
-Co masz na myśli?- Zapytał nagle
-Nic ważnego.- Szybko na mej twarzy zagościł słodki i wyćwiczony uśmiech, po czym pożegnałam się z nim i poszłam pod salę gdzie miałam mieć angielski. Niczym bumerang wróciły do mnie wspomnienia ze szkoły z Norwegii. Pamiętam, że w tamtym czasie to ja byłam kozłem ofiarnym w swojej klasie z powodu niskiego wzrostu. Nikt mnie nie bronił i nie chcąc martwić rodziców starannie maskowałam wszelkie siniaki i rany. Codziennie spotykałam się z wyzwiskami i poniżaniem. Przy nauczycielach i rodzinie zawsze przyodziewałam maskę szczęśliwej dziewczynki, która dobrze się uczy i non stop się uśmiecha oraz śmieje. Natomiast we własnym pokoju, nocą wypłakiwałam oceany łez. Robiłam to po cichu, w ukryciu. Nie chciałam, by ktokolwiek zmieniał o mnie swoją opinię. Przez te kilka lat zdążyłam wyćwiczyć swój słodki uśmiech, który mówił: ,,Hej wszystkim, jestem Jenn, wszystko u mnie ok, może też się uśmiechniesz?". Gdy wreszcie przeprowadziliśmy sie do Paryża postanowiłam nigdy więcej nie dać się poniżyć. Kiedy dostrzegałam, że ktoś jest gnębiony od razu reagowałam, gdyż brak jakiejkolwiek interwencji mógł spowodować nieszczęście. Wiem o tym dobrze, bo sama byłam kiedyś bliska szaleństwa...
Po lekcjach, jak rzep do psiego ogona przyczepił się do mnie Johan:
-A ty tu czego?- Zapytałam, a raczej mruknęłam
-Pilnuję cię.- Oznajmił- Myślisz, że nie widziałem co działo się na korytarzu?
-A bo ja wiem...
-Nie chcę by oni cię krzywdzili z powodu tego pedała...- Nie dokończył, bo się na niego wydarłam
-On nie jest pedałem!
-To powiedz mi: jaki NORMALNY chłopak chodzi w rurkach i zachowuje się jak baba?
-On jest po prostu wrażliwy i tyle.- Mruknęłam idąc przed siebie, prosto na przystanek
-Może i tak, ale... Zaraz, gdzie ty idziesz?- Zapytał nagle
-Na przystanek.
-Ale który?
-Chcę zobaczyć się z tatą.- Wyjaśniłam krótko
-No dobra. Chodźmy.- Oznajmił i wyrównał ze mną krok, na co zareagowałam zbyt ostro
-Nie ma i nie będzie żadnego MY Johan! Chcę się z nim zobaczyć SAMA! Zrozum to! Nie potrzebuję cie, sama se świetnie radzę...
-No to skoro tak świetnie sobie radzisz to zamieszkaj sobie sama w swoim domu i nie będziesz miała wtedy pretensji do całego świata!- Odparł równie gniewnie chłopak
-A żebyś wiedział, że tak zrobie!- Wrzasnęłam i zaczęłam iść żołnierskim krokiem zostawiając oniemiałego sąsiada w tyle na środku chodnika.
Resztę drogi przebyłam sama. Gdy wreszcie doszłam na przystanek, usiadłam na ławce i czekając na autobus włączyłam muzykę w telefonie na słuchawkach. Byłam strasznie przygnębiona i...sama. Tak. Powoli zaczynałam się czuć jakbym była sama, samiuteńka na tym świecie i nie było osoby, która mnie zrozumie. Chociaż w sumie istniała, a tą osobą była Carrie, tylko że jak zdołałam zaobserwować biedaczka miała nogę w gipsie i chciałam, by trochę ode mnie ,,odpoczęła".
Z mych rozmyśleń wyrwało mnie stuknięcie dwoma palcami w lewe ramię. Powoli wyjęłam słuchawkę z jednego ucha i zadarłam głowę do góry. Nade mną stała cicha i nieśmiała Katie:
-Hej.- Przywitałam się bezbarwnie
-Cześć.- Odpowiedziała lekko onieśmielona na me powitanie- Co ty tutaj robisz? Myślałam, że mieszkasz obok Johana.- Zagadnęła
-Bo mieszkam.- Mruknęłam
-Aha, ciekawie.- Odparła i zapadła między nami cisza; lubiłam ją za to, że nie była taka ciekawska oraz że nie zadawała niepotrzebnych bądź niewygodnych pytań, była po prostu miła i tyle
-A ty gdzie mieszkasz?- Zapytałam lekko zainteresowana moją towarzyszką
-Niedaleko szpitala. Moja ciocia jest pielęgniarką.- Wyjaśniła
-Serio? To ty nie mieszkasz z rodzicami?
-Nie. Oni są w Irlandii. Mnie wysłali do Paryża tylko po to, bym nauczyła się francuskiego i ,,poznała trochę świat".
-Och, spoko.- Rzekłam i w tej chwili nadjechał autobus.
Obie wsiadłyśmy do jego wnętrza, lecz każda siadła na innym miejscu. Tak więc mój ponury humor powrócił i wyglądałam niczym chmura burzowa. Gdy wreszcie dojechałam do szpitala okazało się, że mój tata nadal się nie obudził. Bardzo mnie to zaniepokoiło, lecz doktor zapewniał, że to normalne, ale ja czułam, że to NIE JEST normalne. Postanowiono na nowo przeprowadzić badania i tym razem okazało się, że mój tata ma wstrząśnienie mózgu. Siedziałam na krześle u lekarza, który zajmował się tatą i słuchałam jego wyjaśnień. Mężczyzna tłumaczył mi, że on z tego wyjdzie oraz, że musi odleżeć jeszcze kilka dni i wszystko będzie w porządku. Po tej pogadance weszłam jeszcze na chwilę do sali mego ojca i poleżałam na jego łóżku przytulona do niego. Szczęście, że akurat Janette miała dyżur, bo inna pielęgniarka na pewno pogoniłaby mnie z łóżka chorego. Po godzinie przeleżanej z nieprzytomnym tatą ruszyłam w drogę powrotną do MOJEGO domu. Nie chciałam wracać do domu sąsiadów po swoje rzeczy. Nie dziś. Teraz chciałam tylko położyć się i zasnąć, a najlepiej zasnąć i więcej się nie budzić...
Już kładłam się do łóżka ubrana w swoją drugą piżamę, gdy nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Westchnęłam głośno i niezbyt entuzjastycznie poszłam przywitać mego gościa. Jak się okazało był nim nikt inny jak mój sąsiad...:
-Po co tu przyszedłeś?- Zapytałam zmęczonym tonem
-Wszystko w porządku?- Zamiast odpowiedzi otrzymałam pytanie
-Jak na razie tak...- Odparłam i już miałam zamykać drzwi, kiedy zablokował je butem i wszedł do mego domu.
-Jenn...- Zaczął
-Jeżeli masz zamiar powiedzieć, że mnie kochasz to daruj sobie.- Od razu mu przerwałam
-Posłuchaj mnie. Lubię cię, codziennie martwię się o ciebie, nawet znoszę to, gdy rozmawiasz z Taylorem i patrzysz na niego tak, jak ja patrze na ciebie...
-Wynoś się!- Warknęłam przerywając mu
- Posłuchaj mnie Jenn, chociaż przez chwilę, tylko o tyle cię proszę.
- Masz minutę.- Zawyrokowałam
- Każdego dnia, gdy patrzę na ciebie, moje serce skacze z radości. Gdy rozmawiasz ze mną, czuję się szczęśliwy jak nigdy przedtem, ale gdy mnie całujesz, czuję, że mogę wszystko, Jesteś dla mnie kimś bardzo ważnym i wiedz, że już NIGDY nie będziesz sama. Nawet jeśli powiesz bym się odwalił, ja już zawszę będę przy tobie.- To wyznanie było na tyle ,,głębokie", by dotrzeć do mego zabliźnionego i zlodowaciałego serca; zaczęłam płakać i z powodu braku równowagi oparłam się plecami o ścianę i zakryłam twarz dłońmi. Johan patrzył na mnie zdziwiony, ale zaraz podszedł do mnie i opierając ręce o ścianę schylił się na tyle nisko, by jego twarz była tuż przy mojej. Poczułam, że się rumienię i odwróciłam głowę w inną stronę. On już nic nie mówił, po prostu ujął mą twarz w swe duże dłonie i nagle poczułam coś przyjemnie ciepłego na mych wargach. Chwyciłam go za nadgarstki chcąc go trochę od siebie odsunąć, lecz on zignorował to i dalej mnie całował. Była to dla mnie przełomowa chwila. Wreszcie poczułam się lżej, jakbym nie musiała wszystkiego sama znosić. Teraz wiedziałam, że jest ze mną ktoś, kto tak łatwo mnie nie opuści. Gdy już wreszcie odsunął swoją twarz od mojej, wtuliłam się w jego szerokie ramię i oparłam swoją głowę o jego. Trzymałam go bardzo, ale to bardzo mocno, lecz on się nie odzywał. Wiedział, że ta cisza znaczy dla mnie więcej niż cała wiązanka pięknych słów. Tak więc staliśmy przytulani do siebie w ciszy.
Po tej uroczej chwili Johan pociągnął mnie za rękę do swojego domu, przy okazji zamykając mój na klucz. Później nakazał mi się umyć i iść spać. Uczyniłam tak jak mi kazał. Dzisiejszej nocy spałam jak zabita i nic nie mogło mnie obudzić.
Po tej uroczej chwili Johan pociągnął mnie za rękę do swojego domu, przy okazji zamykając mój na klucz. Później nakazał mi się umyć i iść spać. Uczyniłam tak jak mi kazał. Dzisiejszej nocy spałam jak zabita i nic nie mogło mnie obudzić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz